piątek, 31 października 2008

First Animal?


First Animal?
A carbonaceous compression of the eight-armed creature, called Eoandromeda octobrachiata from south China dates from 551-580 million years ago and may be one of Earth's first

Eight-Armed Animal Preceded Dinosaurs

Jennifer Viegas, Discovery News

środa, 29 października 2008

Kruskal-Diagram



Kruskal-Diagram. Each blue hyperbola represents a set of events of constant radius in Schwarzschild coordinates.

In general relativity Kruskal-Szekeres coordinates, named for Martin Kruskal and George Szekeres, are a coordinate system for the Schwarzschild geometry for a black hole. These coordinates have the advantage that they cover the entire spacetime manifold of the maximally extended Schwarzschild solution and are well-behaved everywhere outside the physical singularity.

Schwarzschild coordinates: In the theory of Lorentzian manifolds, spherically symmetric spacetimes admit a family of nested round spheres. In such a spacetime, a particularly important kind of coordinate chart is the Schwarzschild chart, a kind of polar spherical coordinate chart on a static and spherically symmetric spacetime, which is adapted to these nested round spheres.

wtorek, 28 października 2008

"Bank Nieśmiertelnych Widoków".1


(gfx: Enea)

2 listopada / niedziela / g. 20.00

Jadłodajnia Filozoficzna / ul. Dobra 33/35

"Bank nieśmiertelnych widoków"

Fantastyczna suita miejska na gitarę, sekwenser i głos,
na motywach powieści "Rdza" Rafała Nowakowskiego.
(próba generalna słuchowiska "na żywo")

"Trudno oderwać się od tej intrygującej wizji naszego świata za pół wieku, tyleż przewrotnej, co niezbyt optymistycznej. A zaskakującej tym bardziej, że wiele elementów, jakie składają się na tę przyszłość i powodów, dla których może ona właśnie tak wyglądać, można dostrzec w czasach obecnych. Nietrudno zauważyć, że Nowakowski, doskonały obserwator i znawca współczesności, karmi swoją wyobraźnię niemal tylko tym, co wie o świecie i widzi dookoła, jak na prawdziwą antyutopię przystało."

Wykonawcy: eRefeN & Nut Cane (from Frutt di Mare)
Oprawa wizualna: Enea

wstęp wolny!!

"1. Poranny alert"


(gfx: Enea)

Pomiędzy szarościami i błękitami nieba
, pomiędzy wznoszącymi się smugami dymu i spalin, w niewinnej bezimienności brunatnych płaszczyzn dachów, pokrywających miasto, jak gołębie tłoczące się wokół okruchów, pomiędzy srebrzystym migotaniem wirników, splotami rur i kominów, pośród zgiełku przewodów, nadajników i anten, ściegów instalacji, siatkowych parawanów, klatek, trzepotu ptasich skrzydeł, pośród wyziewów z przewodów wentylacyjnych, jeden mały, mikroskopijny kłębek jasnosinego dymu zatoczył kilka kręgów, jak rozkwitający kwiatek, jak rozkołysany dźwięk trąbki – i rozwiał się w porannym zgiełku.

Kiedy tylko Adrian znalazł się na ulicy, natychmiast otoczyli go handlarze próbujący sprzedać mu zegarki, dezodoranty z filtrem ultrafioletowym i okulary przeciwsłoneczne, złotą biżuterię, firmowe buty do biegania. Ktoś koniecznie chciał się dowiedzieć, jak ma na imię; ktoś nagle zaczął go wyzywać, choć nie wiadomo za co; jakaś kobieta chwyciła go za ramię, choć jednocześnie gwałtownie dyskutowała z inną. Ogarnął go uliczny gwar - okrzyki sprzedawców owoców, grzebieni, parasolek i chusteczek higienicznych; zawodzenie żebraków w tanich podkoszulkach, z karłowatymi ramionami, garbami i naroślami na twarzach, ze zdeformowanymi nogami i tułowiami; nawoływania czyścibutów i gazeciarzy; krzyki dzieciaków myjących szyby; dzwonki rowerowe i trąbki rikszarzy, gwizdki policjantów, klaksony samochodów, natrętne głosy spikerów reklam na ulicznych ekranach, karetki pogotowia; łoskot kolejki elektrycznej; szum klimatyzacji. A jeszcze poniżej progu słyszalności - jazgot elektrycznych urządzeń.

Jest 2056 rok, a on wciąż dryfuje przez życie, jak siedem lat temu. Gdyby nie ukończył tego kursu, wciąż przemykałby się z jednego dnia do drugiego, bez przywiązania do czegokolwiek, emocjonalnie obumarły i zdziczały. Pewne rzeczy przychodziły bez trudu: dom, jego vtolotnia, utrzymanie. To wszystko nie wymagało szczególnego wysiłku. Ale jak w tej sytuacji poczuć wolę życia? Żył, bo wtłoczono go tutaj i siłą rozpędu spadał, jak kulka w paczinko, odbijał się od band i toczył wyżłobionymi koleinami. Jeszcze jeden niepotrzebny mężczyzna przyglądający się światu chyboczącemu się jak pijak nad krawędzią rynsztoka.

(Rdza, Rozdział 1)

"2. Bank widoków"


(gfx: Enea)

Wyszli na dach
przed kontenerem, siedli na składanych krzesełkach pomiędzy wirnikami klimatyzacji i paląc, wpatrywali się w wieczorną, nieszczelną ciemność. Gołębie sąsiada gruchały przez sen w swoich klatkach, a wybujałe krzaki konopii w doniczkach wywijały na wietrze swoimi pięciopalczastymi liśćmi - jak zwinni iluzjoniści.

Adrian zapadł się w puch myśli, a w zasadzie ulotnych wrażeń... Jak opisać fenomen tego miejsca, jego genius loci? Jak to się dzieje, że ludzie wybierają akurat to, a nie inne skrzyżowanie dróg i właśnie tutaj, a nie gdzie indziej współtworzą niepowtarzalną, psychomentalną czasoprzestrzeń, Miejsce Spotkań, które zwie się miastem? Czym wyróżnia się ten gęsty splot ludzkich istnień, wątków i losów? Z biegiem czasu zmienia się tutaj wszystko: topografia, architektura, mieszkańcy, czasem i położenie. A przecież każde miasto zachowuje swoją odrębność i indywidualność, jak żywa jednostka ludzka. Czy jesteśmy częścią tego wielkiego organizmu, czy po prostu korzystamy tutaj z nadarzających się okazji i dostępnych wygód? Miasto jest jak wielki psychiczny atraktor, który przyciąga ludzi siłą ciążenia i tempem swojego życia, a im więcej ludzi żyje w tym jednym miejscu, tym więcej ludzi tutaj przybywa. Oby tylko nie powstała w końcu wielka czarna dziura, która tak zagęści materię zbiorowej egzystencji, że spowoduje wyrwę w obiektywnej rzeczywistości i przeniknie do nieznanego wymiaru zamanifestowanej zbiorowej tożsamości.

Odgłosy ulicy, klaksony i radiowe dżingle napływały pulsacją wraz z falami ciepłego powietrza. Noc, ciepła, płynna, rozmigotana, podpływała do nich jak ciemna, połyskująca woda zatoki morskiej po zmroku. Trzaski wokół ultrafioletowych lampek na owady, które kołysały się lekko, jak światła pozycyjne łodzi kołyszących się w porcie. Tyle, że tutaj zatoką było niebo, w które noc wlewała się cichą, ale potężną falą przypływu. Niektórzy wachlując się wypatrywali odległych świateł, drgających w ciepłym powietrzu. Gdzieś tam dalej była ta kosmata przestrzeń, którą można było ledwie wyczuć, spleciona z ciemnością podziurawioną światłami latarni i fosforyzującymi iglicami wieżowców.

(Rdza, Rozdział 2)

"3. Nieśmiertelność"


(gfx: Enea)

Pierwszy rzadko spotykany powiew świeżego wiatru, między bryłami budynków. Przejrzyste powietrze, chmury odcinały się od błękitu wyrazistymi konturami, zmiennymi, ale wyrazistymi, sięgały jakiś odległych zdarzeń, wiecznie powracających splotów historii, wieczności ukrytej w mgnieniu teraźniejszości. To skłębione miasto, ludzkie trajektorie, nieograniczone niebo ponad nimi, jak widmo zawieszone, skrystalizowane i utrwalone w cyklu ciągłych zmian. Niewinność chwili.

Może tak właśnie wygląda nieśmiertelność? Drobne cząstki życia zaplatają się w struny, na które nanizany jest wszechświat. Ich wibracja, wzajemny rezonans, tworzą akordy, które nazywamy rzeczywistością. Chciałbyś, aby tą istotną, nieśmiertelną cząstką było sedno twojego istnienia, coś, co uważasz za najważniejsze, twoja dusza, talent, humor, albo niepowtarzalny styl – ale to może być cokolwiek, drobny ułamek twojego istnienia, cicha nuta w kompozycji wszechświata, ta jedna, którą masz zagrać i dla której dano ci całe życie: drobny gest twojej ręki – niewielki odcinek nieskończonego, wszechobecnego ruchu każdej cząsteczki wobec innej; odcień skóry twojego policzka, na który pada promień słońca – jedna kropla barw, z których składa się wszechświat, ten mikroskopijny odprysk nieskończonego promienia światła, które istniało skupione w pierwszej oślepiającej cząsteczce na początku i będzie istnieć rozproszone w mrocznej nieskończonej przestrzeni na końcu; ta jedna przelotna myśl – fragment nieskończonej myśli, która przewija się przez wszystkie głowy przeszłości i przyszłości... Cokolwiek, para oddechu, naskórek, albo nużąca chwila oczekiwania, głęboko skrywana panika ciała wtłoczonego pomiędzy inne obce ciała w wagonie kolejki, może ulotna woń, która nas otoczyła? Reszta naszego życia przestaje się liczyć, jest jedynie podłożem obrazu, rusztowaniem podtrzymującym ten jeden drobny fragment naszego istnienia – błysk w oku, pierwsza sylabę imienia, brutalne słowa odmowy, zapach potu po tajemnym seksie, tupot biegnących stóp – staje się elementem wielowymiarowej mozaiki, która jest być może tylko jedną płytą posadzki następnego świata.

Cybernetyka oznacza autosterowność

Jesteśmy jedynymi istotami, które egzystują w czasie, nie tylko w przestrzeni. Stwarzamy czas. Wiążemy czas, przeszłość z teraźniejszością, teraźniejszość z przyszłością. Jesteśmy związani czasem. Czas jest naszym więzieniem.
Język służy nam jako nadzorca czasu. Język jest mapą naszego czasu. Aby odnaleźć się w czasoprzestrzeni musimy używać sztucznych punktów odniesienia. Siatka współrzędnych służy odnalezieniu swojego miejsca. Tymi punktami odniesienia, tą siatką, są pojęcia abstrakcyjne. Dlatego w odniesieniu do rzeczywistości musimy posługiwać się elementami abstrahującymi – symbolami. Kto kieruje naszymi symbolami, kieruje nami.

Pamiętaj o trzech podstawowych zasadach: 1. Mapa nie pokrywa się z terytorium. 2. Mapa nie obejmuje całego terytorium. 3. Mapa ma zdolność do samopowielania się.

Wyjdź poza mapę. Krok dalej. Aż stracisz grunt pod nogami. Naucz się pływać w płynnej rzeczywistości.

[ ] + [AmneZja] + [ ]

(Rdza, Rozdział 5)

"4. Awaria i Zamęt"



(gfx: Enea)

W dzielnicy biznesowej
rozgałęzione, ruchliwe, pleniące się instalacje elektryczne pokrywały ulicę rozedrganą, potrzaskującą wyładowaniami pajęczyną. Neony, latarnie, sygnalizacja świetlna, anteny satelitarne, maszty, przewody, kamery podglądu, wyświetlacze. Trakcja kolejki elektrycznej niczym rozpięta sieć odgradzała ulicę od nieba. Przetarte aluminiowe framugi okien z zakurzonymi, beżowymi kostkami klimatyzatorów. Burczenie i szuranie wirników. Brązowe plastykowe rurki oklejone na spojeniach taśmą izolacyjną. A wszędzie na linii wzroku ekrany LCD, prostokątne i okrągłe, trójkątne, wklęsłe, ruchome i stacjonarne, jedne nadawały wiadomości i reklamy, inne, wyłączone lub popsute, emitowały w przestrzeń niebieskie kwadraty pocięte jaskrawymi, podrygującymi pasami, enigmatyczne przesłania komunikacyjnej dysfunkcji.

Te drobne, elektroniczne części, które od pewnego czasu zalegały na ulicach miasta, teraz ożyły i zbierały się w roje, zupełnie jak prawdziwa szarańcza. Czarne, szare, żółte i czerwone drobiny obsiadały instalacje elektryczne i najzwyczajniej w świecie żerowały na nich. Łączyły się według reguł przewodnictwa w większe ruchome obiegi zamknięte. Rzucały się na wszelkie źródła niskich napięć, na aktywne urządzenia elektroniczne.

Co więcej, wyglądało na to, że pojedyncze witriomole wspólnie tworzyły duże bioniczne automaty o zbiorowej inteligencji. Proste części organizowały się w złożone układy. Rojowiska drobnych mechanizmów wznosiły się falującym ruchem ponad ulicą, niczym wielkie nietoperze połyskujące krawędziami układów scalonych, drucikami wystającymi z tranzystorów i metalowymi drobinkami przewodników. Jak czarne ptaszyska opadały na puszki elektrycznych instalacji. Przybierały nieregularne kształty i z upiorną niezgrabnością przetaczały się po ziemi w poszukiwaniu źródła napięcia. Większe pochłaniały mniejsze. Kłębiące się roje wypełzały ze śmietników i spod latarni, wznosiły się w powietrze, a potem wdzierały się przez okna do pomieszczeń, opadały na pojazdy, oblepiały skrzynki klimatyzacji, puszki instalacji elektrycznych, samochody, wagoniki kolejki, neony, ludzi...

One ścigały ludzi! Te śmieci najwyraźniej goniły ludzi!

(Rdza, Rozdział 6)

"5. Sny i katastrofy"


(gfx: Enea)

Blizny czasu w przestrzeni.
Wycieczki na pola walki, do fabryk trupów.

Baraki, wieże, podziemia, schrony.
Wzniosłe pomniki waleczności i męczeństwa.
W tej wojnie nie było wielu ofiar. Za to ci, którzy przetrwali, muszą cierpieć.
Kto kogo opowiada? Kto kogo śni? Katastrofy – czarne dziury w snach. Krążymy wokół nich jak podwodne zwierzęta, uśpione i poddane nurtowi wody, która zmierza do ujścia. Kołujemy wokół tego wiru w swoim sennym życiu, aż wreszcie prąd porywa nas do ujścia. I znikamy.
Rozpad materii wywołuje radioaktywność.
Rozpad informacji promieniuje wirtualnością.
A czym emanuje rozpad osobowości?
Kto kogo wyśnił w tej opowieści?
Czasem najoczywistsze rzeczy są niezauważalne, dopóki się nie rozpadną. Tak było po pierwszej powodzi. Dach z blachy falistej, skręcony w rulon, spiralne zwoje wygiętych belek. Zagubieni ludzie wędrujący po kostki w błocie, plastykowe worki na drzewach. W poziomych pasmach mgły, w bielach i szarościach.
To mógł być sen. To był sen. Rzeczy niezwykłe są tu zadomowione. Wszyscy śnią o sobie wzajemnie.
W przeddzień katastrofy każdy śni o każdym, odpryski lustra odbijające się nawzajem.
Może odurzony Hubert wymyślił sobie Adriana?
Może Adrian wymyślił sobie Mariannę?
Mariannna wyobraziła sobie Nell?
Może Nell miała przywidzenie w klubie nocnym?
Może Karolina wciąż czeka na ich przyjście? Siedzi za barem i zastanawia się, na co choruje Fanny, jej córka?
A może Wielki Olo opowiedział o nich jeszcze jedno kłamstwo naiwnemu klientowi?
Może jednak Marianna narysowała sobie ich wszystkich?
W którą stronę biegnie ta historia? Czy wszyscy znajdziemy jedno wspólne rozwiązanie, czy może każdy swój własny koniec?
Nasza rzeczywistość rozpada się. I pozostają tylko sny, bezkresny ocean, każdy z nas na jego brzegu, na swojej bezludnej wyspie.
A nasze miasta, nasze cywilizacje, jak płonące tankowce, zapadają się w tę głębię.
I każdy we własnej celi opowiada sobie własną historię, żeby nie zapomnieć chociaż siebie.

(Rdza, Rozdział 8)

In disya Concrete Jungle!



więcej prac:
http://www.ericailcane.org/

Wooster Collective:
http://www.woostercollective.com/

czwartek, 23 października 2008

Thee Majesty "Mary Never Wanted Jesus" Villa Magica Records 2005


Kolejna odsłona, raczej przesłona, Genesisa P-Orridge'a. Bardziej ezoteryczna.
I choć przekaz ma on jak zwykle mocny, to Przenajświętsza Panienko! jego pokręciło już chyba kompletnie! :)
Można powiedzieć, że to magija w stylu kamp. I to mocno somnambuliczna. Czasem aż przechodzą człowieka dreszcze.
Istnieje również podejrzenie, że G. P-O. słucha potajemnie i inspiruje się Radyjem Maryja, a przynajmniej jakimiś polskimi katolickimi songami.
Można by rzucić się na sznur, gdyby nie druga część płyty, bardziej hipnotyczna, w stylu starych taśm Psychic TV.

* * *

Genesis P-Orridge and Thee Majesty "Mary Never Wanted Jesus" Villa Magica Records 2005

"This album is dedicated to Mary Magdelene[sic], JAMES thee brother ov Jesus, Our Angelic Spike and A WOMAN'S RIGHT TO CHOOSE."

1 I Like Thee Holidays (A Disquietingly Silent Night Mix) (4:08)
2 Always Is Always (All New Perfecti Mix) (4:28)
3 White Nights (Digitally Remastered) (3:56)
4 Snowflake (Digitally Remastered & Remixed) (5:28)
5 Rudolf (Satanis Cocainis Mix) (3:32)
6 Mary Never Wanted Jesus (Magdelene Marriage) (7:55)
7 Have Mercy On Me (All New Bethlehem 2004 Mix) (4:50)
8 Call Me Blues (Delta Mix) (4:42)
9 Have Mercy (Digitally Remastered Argentum Astrum Mix) (6:02)
10 Filthier Than Thou (All New Unclean Villa Magica Mix) (6:07)

Nowy stan materii

(tranzystor pod mikroskopem elektronowym)

"Science Daily", 22.10.2008:

Physicists Find New State Of Matter In 'Transistor': Huge Implications For New Electronic Devices

ScienceDaily (Oct. 22, 2008) — McGill University researchers have discovered a new state of matter, a quasi-three- dimensional electron crystal, in a material very much like those used in the fabrication of modern transistors. This discovery could have momentous implications for the development of new electronic devices. (...)

"We decided to tweak the two-dimensionality by applying a very large magnetic field, using the largest magnet in the world at the Magnet Lab in Florida," explained Dr. Guillaume Gervais, director of McGill's Ultra-Low Temperature Condensed Matter Experiment Lab. "You only have access to it for about five days a year, and on the third day, something totally unexpected popped." he said. (...)

"It's actually not quite 3-D, it's an in-between state, a totally new phenomenon," he said. "This is the kind of thing the theoreticians love. Now they're scratching their heads and trying to fine-tune their models."

http://www.sciencedaily.com/releases/2008/10/081021185213.html

Frutti di Mare "Frutti di Mare" Open Sources 2008


Debiutancka płyta składu muzyków, znanych wcześniej z takich projektów, jak diszobabaa, czy Lao Che, jest tak odświeżająca, jak powiew morskiej bryzy, dochodzącej gdzieś znad plaży dla surferów. Wreszcie ktoś zebrał się i przewietrzył zatęchłe studia muzyczne naszych nadętych "artystów rocka". Przypomina mi się zawołanie Williama S. Burroughsa, podchwycone przez Meat Beat Manifesto: "Storm the Reality Studio!".
Płyta jest jednorodna w swoim nastroju, choć zarazem tak różnorodna stylistycznie. Pełna abstrakcyjnego humoru i spontanicznej krytyki społecznej na wesoło, jednocześnie odwołuje się do najlepszych tradycji rozbijania stereotypów muzyki popularnej. Takie numery jak "Aligator" czy "Toilet Song" pobrzmiewają inteligentną kpiną z rocka w stylu Talking Heads, a kawałki "Pussylicker", albo "Beta" przypominają najlepsze produkcje the Stooges. A jednocześnie obok nich pojawia się przebojowy numer "Praca za szejset", którego pozazdrościć mógłby im Maciej Maleńczuk.
FdM żonglują konwencjami rock'n'rolla ze swobodą Franka Zappy, a jednak unikają cynizmu, w jaki zwykle popadają parodyści. W porównaniu z nimi Dick4Dick to nadęte ponuraki. Muzyka FdM jest żywiołowa jak jazda kolejką górską i perfekcyjna jak akrobacje na trapezie. A jej słuchanie to czysta przyjemność.
Mimochodem płyta FdM przypomina o najstarszej zasadzie magyji: Śmiech jest Boski!

* * *

Frutti di Mare "Frutti di Mare" Open Sources 2008


1. Disco Cowboy
2. Aligator
3. Praca za szejset
4. Toilet Song
5. Frutti di Mare
6. Hey Jimmy
7. Children
8. Beta
9. Frut
10. Pussylicker
11. Intro

http://www.myspace.com/fruttiband

środa, 22 października 2008

"Sylwetki w prześwitach"


widziane kątem oka
światło odbite
chwilowe zaślepienie
moc zaklinania i przypadkowe gesty
klangor rusztowań
kakofonia chwilowa
obrazy, które naprawdę się pamięta,
zapomina się na co dzień,
leżą gdzieś na półce odłożone, uśpione,
ale wciąż żywe barwy,
akcja!

raz jesteś raz ciebie nie ma, pod światło
obrót na pięcie, taniec zniknień i objawień,
jak śmiech, który rozbrzmiewa i gaśnie

* * *

czwartek, 16 października 2008

"Gdzie indziej bądź"


Byliśmy już bardziej rozkojarzeni, zapatrzeni w szary odblask na szybie nad aluminiowym parapetem – 11 pięter niżej dołujący, mokry Wrocław;
I bardziej uniesieni, oderwani od teraźniejszości, choć połączeni na wskroś jej fal, nawet jeśli akurat wtedy o tym nie myśleliśmy;
Bardziej niż teraz, czytelniku.

Byliśmy już bardziej zagubieni, nerwowi i milczący, jak te kilka postaci, tam na skwerze, które całe dnie wyczekują, przestępując z nogi na nogę;
Drugą połową jestestwa uniesieni ponad chmury, w lotne sfery, skąd widać całą plątaninę życia;
Bardziej niż teraz, czytelniku.

A zdarzało się i tak, że byliśmy bardziej oddaleni niż teraz,
Bardziej przytłoczeni teraźniejszością, przysypani jej warstwami,
Być może współczulni, ale oderwani od siebie nawzajem;
Bardziej niż teraz, czytelniku.

* * *

niedziela, 12 października 2008

Funki Porcini "Fast Asleep" Ninja Tune 2002


(okładka)

Bardzo elegancka i przyjemna płyta.

Coil "The New Backwards" Treshold House 2008


(Okładka płyty)

Płyta występuje w recenzjach jako "historia pośmiertna": nagrania, które przeleżały w sejfach od lat 90., dopiero teraz zostały ukończone i ujrzały światło dzienne. Dlaczego zostały wydane? Może dlatego, że znalazł się na nich głos wokalisty Johna Ballance'a, zmarłego w 2004?
Jakby nie było, kompozycje z tej płyty to już bardziej muzyka poważna niż popularna (w wikipedii Coil występują na zdjęciu z C. Stockhausenem, jakby to miało o czymkolwiek świadczyć). Taki aleatoryczny utwór jak "Paint Me as a Dead Soul" mógłby równie dobrze pasować do repertuaru Warszawskiej Jesieni. Gdyby nie to, że jest tak frenetyczny i dekadencki, a jednocześnie pełen metafizycznej poetyckości...
Z drugiej strony płyta jest na tyle dynamiczna, że brzmiałaby świetnie na każdej alternatywnej imprezie. Weźmy choćby "Algerian Basses", z charakterystycznymi transowymi basami, całkiem drum'n'basowy kawałek, tyle że bez perkusji.
A zaraz potem porządnie pogięty utwór "Coppacabbala", przenikliwa magiczna inkantacja, z wskrzeszonym głosem Ballance'a. Głosem, od którego przechodzą dreszcze, a człowiek czuje się nagle jak elektryczna jaszczurka, odprawiająca w ciemności krwawy, seksualny rytuał. Utwór, któremu dorównać może tylko chyba "Windowpane" z Love's Secret Domaine.
Cała płyta to przelot po dziwnie mistycznych i perwersyjnych klimatach, niczym ścieżka dźwiękowa do jakiegoś natchnionego religijnie filmu Matthew Barneya. Jakby Coil próbowali opisać nam swoje mistyczno-seksualne objawienia, psychodeliczne podróże wewnętrzne pomiędzy cyberprzestrzenią, mroźną północą, bezimienną pustynią, a Bangkokiem.

* * *

Coil "The New Backwards" Threshold House 2008

1. Careful What Yoy Wish For.
2. Nature Is A Language.
3. Algerian Basses.
4. Copacabbala.
5. Paint Me As A Dead Soul.
6. Princess Margaret's Man In The D'Jamalfna.

środa, 8 października 2008

poniedziałek, 6 października 2008

Alfred, Skafander patafizyczny - odcinek.1



W końcu stanął. Na skrawku ziemi niczyjej, przy rondzie Radosława, dokładnie naprzeciwko Centrum Handlowego Arkadia. „Alfred, skafander patafizyczny” znalazł się tam w sobotnią noc, 4. października 2008 r. Było ciepło i przejrzyście, w powietrzu rozchodził się przenikliwy zapach pierwszych zwiędłych liści.

Alfred nie jest rzeźbą. To ezoteryczna machina, służąca „deprywacji sensorycznej”, metafizyczna winda, umożliwiająca przenoszenie się pomiędzy poziomami świadomości.

W jaki sposób powstał? Pierwsza była koncepcja. Na wiosnę tego roku zostaliśmy zaproszeni do udziału w zbiorowej wystawie „Nierzeczywista rzeczywistość”. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze co, ale dobrze wiedzieliśmy j a k chcemy to zrobić. Nie pokazywać „nierzeczywistej rzeczywistości”, ale umożliwić jej zobaczenie. Nie popisywać się własną wyjątkowością, ale pozwolić innym odczuć ją u siebie. Nie tworzyć nowych przedmiotów, ale aranżować nowe sytuacje. Usunąć w cień siebie jako wy-twórców, a jednak wskazać na jednoznaczny i jednostkowy kontekst. Odwołać się do jakiejś postaci historycznej? W tej sytuacji jedyna osoba wydawała się odpowiednia.

„Alfred Henry Marie Jarry (ur. 8 września 1873 w Laval, zm.1 listopada 1907 w Paryżu) – francuski dramaturg, powieściopisarz i poeta. Ekscentryk, zapalony cyklista, bohater setek anegdot, głośna postać paryskiej bohemy przełomu wieków. Jako poważny twórca odkryty dopiero przez surrealistów. Zmarł z powodu gruźlicy i alkoholizmu. Znany głównie jako autor farsy „Ubu Król czyli Polacy”, której wystawienie wywołało skandal i uważane jest za antycypację teatru absurdu. Napisał też cykl sztuk o strasznym mieszczuchu imieniem Ubu, misterium „Cezar-Antychryst”, opowiadania „Odwiedziny Amora”, powieści: „Dni i noce”, „Czyny i myśli doktora Faustrolla, patafizyka” (1911), „Nadsamiec”, „Miłość absolutna”, „Dragonka” oraz setki felietonów. Stworzył nową dziedzinę nauki – p a t a f i z y k ę (fr. la ’Pataphysique). Na wpół żartobliwe badania najdrobniejszych aspektów jego dzieła prowadzi założone w 1948 roku Collège de 'Pataphysique, skupiające wielu awangardowych artystów z całego świata”.
(Za: http://pl.wikipedia.org/wiki/Alfred_Jarry)

Alfred Jarry był ucieleśnieniem modernistycznego toposu artysty. Tworzył na przekór życiu, tworzył życie, w końcu stworzył też nowego siebie, a nawet nową naukę, która tłumaczyła świat wedle reguł n i e p r a w d o p o d o b i e ń s t w a. Czy ktoś inny, bardziej niż on, nadaje się na patrona „nierzeczywistej rzeczywistości”?

Alfred, Skafander patafizyczny - odcinek.2



Wkrótce koncepcja nabrała całkiem konkretnej cielesności, śmierdzącej odczynnikami chemicznymi i kłującej ostrymi końcówkami drutów. Specyfikacja materiałowa przywodzi na myśl raczej warsztat samochodowy: żywica poliestrowa, utwardzacz, siatka metalowa, silikon, farby w spreju, wizjery do drzwi, deski i śruby, biała farba, czarny marker...

Najpierw wykonaliśmy wewnętrzną postać: siatkowy kształt ludzkiej sylwetki. Potem wokół niej uformowaliśmy jej drugą skórę, poliestrowy biały kadłub przypominający masywną postać w kapturze – „Prawdziwy portret Monsieur Ubu” narysowany przez Alfreda Jarry około 1888 r. Obie postaci łączy silikon i dwa wizjery do drzwi, umieszczone w otworach na oczy – łączniki duszy z ciałem, psychiczne lunety zniekształcające perspektywę. W końcu obiekt miał już wszystkie części składowe i stanowił całość, zarówno jako fizyczny przedmiot, jak i koncepcja. W ostateczności zewnętrzna, poliestrowa skorupa przypomina członka Ku Klux Klanu, choć w istocie nawiązuje do przesławnego wizerunku Ojca Ubu, który powinien rozpoznać każdy wtajemniczony.

W końcu nadszedł wieczór wernisażu wystawy „Nierzeczywista rzeczywistość”. W Galerii Yola, należącej do Joli Zuchniewicz, znajdującej się w podwórku ulicy Inżynierskiej 3, wystawiały same kobiety. Jedynie my, jako duet, byliśmy wyjątkiem. Wernisaż zaplanowano na okazję Nocy Muzeów 17. maja 2008 r. Tego wieczora ludzie z namaszczeniem chodzili po wąskich, ciemnych podwórkach Pragi, otoczonych ceglanymi murami, zaglądali do każdej otwartej galerii. Nieświadomie poddali się dyktaturze kultury, a więc i cywilizacji. W końcu jak pisze Dean MacCannell: „Produkcje kulturowe są czynnikami, które w dużym stopniu określają zasięg, siłę i kierunek działania cywilizacji”. W tym sensie każda produkcja kulturowa jest aktem krypto-propagandy nowoczesnego systemu kapitalistycznego. A jednak wielu widzów podchwyciło ideę odwrócenia ról i zaglądało do środka Alfreda, skafandra patafizycznego. Dzięki temu każdy chociaż na chwilę mógł stać się aktywną częścią tej „produkcji kulturowej”.

niedziela, 5 października 2008

Alfred, Skafander patafizyczny - odcinek.3


Alfred, Skafander patafizyczny trafił wreszcie na swoje miejsce. Wygląda tak, jakby nigdy się stamtąd nie ruszał. W sobotę wieczorem 4. października 2008 r., zanieśliśmy go i postawiliśmy między drzewami, na uboczu, ale dokładnie naprzeciw CH Arkadia. Jak na ironię, Alfred stoi na tle ściany, na której ktoś napisał białą farbą ogromne litery: „Narodzie Polski, otrząchnij się”. Z daleka wygląda dość n i e s a m o w i c i e. Jakby wpatrywał się w przechodzących ludzi. Z zewnątrz sprawia wrażenie groźnego, ale jeśli wejdzie się do środka, daje poczucie bezpieczeństwa i schronienia.

Podsumujmy więc: Alfred, bo Alfred Jarry. Skafander, bo ma zabezpieczać przed rzeczywistością, tworzyć własne mikrośrodowisko. I patafizyczny, bo nie można się w nim poruszać, a poza tym jest nieszczelny, jak to tylko możliwe w przypadku skafandra. W końcu jak głosi definicja:

„Patafizyka stanowi teorię urojonych rozwiązań, przypisujących symbolicznie zarysom rzeczy, za sprawą tychże, wartości potencjalne”.
I patafizycznie dalej, czyli wcześniej:
„...patafizyka to wiedza o tym, co, dodane do metafizyki, w jej ramach lub poza nimi, wykracza poza nią tak dalece, jak ona poza fizykę. Zatem (...) patafizyka stanowić będzie wiedzę o tym, co wyjątkowe, aczkolwiek twierdzi się, że poza tym, co ogólne, nie może być mowy o wiedzy. Zgłębi więc prawa dotyczące wyjątków i wyjaśni wszechświat wobec tutejszego dodatkowy...”
(Alfred Jarry „Czyny i myśli doktora Faustrolla, patafizyka”, tłum. Jan Gondowicz)

Tym samym, kiedy wszyscy dawno już zapomnieli o wystawie, Alfred rozpoczął swoje życie pośmiertne. Żyje, bo działa. Zamienia przestrzeń publiczną w zaciszną kryjówkę. Nadal jest ezoteryczną machiną zmiany świadomości, a jednocześnie metafizyczną windą i skafandrem społecznym. A jednocześnie nie jest bytem substancjalnym, a jedynie formą – okryciem, które daje schronienie w obcym środowisku. I teraz okrywa pustkę.
Czyżby więc stał się skafandrem obronnym, broniącym pustkę tego miejsca przed ludźmi?


"Wieczorne interludium"





Wieczorne interludium

Zapadła już głęboka ciemność. Usiedliśmy na giętkiej, wysokiej ławce przy alejce w parku.
Nad nami przelatywały samoloty, ich światła turlały się bezszelestnie pomiędzy gwiazdami;
Za nami fabryka rzęziła jednostajnie, niczym stary palacz świszczący przez gardło;
A przed nami lśniła ciemna woda Jeziorka Kamionkowskiego, czystego, jakby je wypolerowali.

Park Skaryszewski, mimo że odnowiony i bezpieczny, wciąż wielki i dziki,
przypominał bardziej wiekowy las w jakiś ogromnych, tajemniczych górach.

I tylko my, szeleszczący w ciemności.
Ale nie bójcie się nas, hi hi.

sobota, 4 października 2008

Bajkonur, dawna katastrofa



Zdjęcia z dawnej, utajnionej katastrofy na kosmodromie Bajkonur, w Kazachstanie.


[Za "Fortean Times"]

http://www.forteantimes.com/features/articles/1302/lost-in-space.html

czwartek, 2 października 2008

Jeff VanderMeer "Miasto szaleńców i świętych" 1997

(okładka)

Jakie naprawdę jest Ambergris, Miasto Szaleńców i Świętych?
To Miasto kamienne i muliste, szczególnie u stóp kamiennych pylonów mostów, w porze odpływu, kiedy w błocie leżą wielkie czarne kałamarnice,
Miedziano-czerwone, na jego bruku wyrastają ogromne czerwone grzyby ścinane przez służby miejskie,
Barokowe i romantyczne, wnoszące się u błotnistego ujścia gigantycznej rzeki Moth,
na perfyreriach Kalifatu.

W zaułkach i podziemiach czają się grzybianie, dawniej zwani "szarymi kapeluszami". Dawni mieszkańcy tamtych terenów, obecnie pełnią najpośledniejsze role, ale budzą też zabobonny lęk, związany z nieodległym okresem Ciszy, kiedy to nagle zniknęli wszyscy mieszkańcy miasta...

Egzotyczną codzienność miasta przerywają cykliczne Festiwale Słodkowodnych Kałamarnic, frenetyczne święto o niejasnym rodowodzie. Z życiem Kałamarnic Królewskich związany jest byt miasta, to ogromne zwierzę - dochodzi do pięćdziesięciu metrów długości i dwóch ton wagi! - jest źródłem większości surowców, od mięsa do skór i atramentu. Tajemnicza symbioza ludzi i kałamarnic objawia się kałamarotropią - paranoją upodabniania się do kałamarnicy...

Jednym słowem, surrealistyczny Dickens. Albo inaczej: o ile James Joyce w Ulissessie próbował zapisać strumień pojedynczej świadomości, Thomas Pynchon w Tęczy grawitacji spisywał rejs przez podziemną rzekę naszej zbiorowej podświadomości, o tyle Jeff VanderMeer w Mieście... nakreśla granice naszej baśniowej wyobraźni. I to w wielkim stylu. Potrafi opowiedzieć dramatyczną historię jedynie za sprawą komentarzy do wyimaginowanej bibliografii.


Jeff VanderMeer Miasto szaleńców i świętych. Solaris, Stawiguda 2008.

D.S. Tysdal: "...potencjalnie niebezpieczna metoda"



Predicting the Next Big Advertising Breakthrough Using a Potentially Dangerous Method by Daniel Scott Tysdal

after Vallum Magazine:
http://www.vallummag.com/Review-Tysdal.html
and Poetry Review:
http://poetryreviews.ca/2007/05/24/predicting-the-next-big-advertising-breakthrough-using-a-potentially-dangerous-method-by-daniel-scott-tysdal/


...His titles are invitations to indulge in a creative clowning coupled with serious bending of imagination: "Zombies: A Catalogue of Their Return", "Lyrics from the Unreleased Emo Album Written for our Conversation Today", "How We Know We Are Being Addressed by the Man Who Shot Himself Online" - this last item is a curious but mesmerising sequential mix of what appears to be tiny pictures of a man in a holding-cell shooting himself, in which the apparent suicide - how does one differentiate fact from fiction, especially online - addresses his audience.
Disturbing, certainly, but as seductive as a train-wreck. Tysdal makes us look, and consequently makes us read.



A man walks into a room with a gun in his belt. A

man with a gun in his belt takes one last drink of


water. A man with a gun might wonder which far

off glacier that water was rescued from . . .


- III.How



The title piece is a collage of text presumably pulled from various print and online resources, and includes an excerpt on the left side of the page from President George W. Bush’s “Address to a Joint Session of Congress and the American People” (Sept. 2001), immediately followed and juxtaposed by a quotation from philosopher Guy Debord’s The Society of the Spectacle. As a reader still growing accustomed to Tysdal’s sense of humour, I wondered if other material found in this poem was real or a fabrication. Does it really matter, anyway? By the time I reached the poem within the poem (on the right side of the page), I was finally convinced that I was hearing Tysdal himself, in the form of a brilliant reconstruction of the Debord and Bush excerpts:

… / our
nation is beyond the
earthbound efforts / that have
suffered loss grief and
separation / that had been
human and hence the great
and fallacious / threat to our
denial of the human / the
human itself / its life / once
wrenched from life / (no longer
of life) / will have but mists of
beings / fear and harm have
been thus found / by most /
we have the aspects of a
great /and rarefied people /
we lift our earth down at will /
most beings tire and falter / fail
/ we will not
(9)


Later, in the final piece titled “A►◄ B,” Tysdal returns to his signature style. He invites the reader, after having read the poem, to fold over the last page of the book so that A meets B. There revealed is the last line of the poem:

A poem
is
the
possible
infinity
of
enclosures
opening
on
their
only
impossible
escape
(77)


Predicting The Next Big Advertising Breakthrough Using A Potentially Dangerous Method by Daniel Scott Tysdal (Couteau Books, 2006)

Me Big Mouse, Yo!



Wooster Collective, okywykke ;)

a tutaj link do American Gift Shop:
http://www.americathegiftshop.com/#/start