niedziela, 11 marca 2012

Rozmowa w Przestrzeni


1. Rozmowa w Przestrzeni
dialog erotyczno-filozoficzny 
między umysłem a duszą


J: Powiedz mi, czego pragniesz?
R: Czego pragnę? Nie jestem pewien. Ale mam taką fantazję...
J: Tak? I co w niej widzisz?
R: Ciebie. Wyłaniasz się z barwnej mgły. Jesteś drapieżna i tajemnicza. Ubrana dla kontrastu w lekkie i zwiewne pastele. Wśród czerwonego pluszu i granatowego szkła... Wychodzisz z furtki w murze.
J: Mów dalej, mów, podoba mi się, jak do mnie mówisz. I co robię?
R: To jest jakiś park po zmroku, gdzieś we Włoszech. Przechodzisz zamyślona, dopóki nie chwycę cię za ramię. Masz na sobie czarną sukienkę z dużym dekoltem i rozcięciem, a na nogach czarne szpilki i pończochy. Siadam na ławce, a ty stajesz przede mną. Włosy opadają ci na twarz. Stoisz nieruchomo, na jednej nodze i powoli unosisz swoją sukienkę. Pod spodem nie masz bielizny. Dotykasz się. Tam gdzie kończą się pończochy, pośród czarnych pasów pończoch widzę ciemną smugę twoich włosów łonowych. Doprowadzamy się do maksymalnego podniecenia, w milczeniu. W końcu siadasz na mnie...
J: No tak, a po wszystkim znikam w ciemności, hi hi... Lubię te poranki z tobą, kiedy budzimy się rozmarzeni i splątani...
R: Kiedyś porwę cię tam, gdzie będą tylko takie poranki, będziemy mieli pałac, w którym wielkie kolumnady będą prowadzić od sypialni do sypialni, każda w innym stylu. Spróbujesz ukryć się wśród kolumn, w granatowej sukni, w czarnej bieliźnie, ale i tak dopadnę cię i położę na marmurowej posadzce i będę cię tak długo pieścił, aż zaczniesz mnie błagać, żebym cię zerżnął. A potem zaciągnę cię do rozległego parku, gdzie będziemy kochać się wśród drzew, na trawie, pośród dzikich zwierząt, wśród czarnych służących, którzy będą nas podglądać z lękliwym pożądaniem..
J: Czy to cię podnieca?
R: Podnieca mnie ruch i dystans. Twoje pytania i moje odpowiedzi. Czemu zadajesz tyle pytań?
J: Bo chcę cię poznać. Żeby cię rozbudzić.
R: A co ciebie najbardziej podnieca?
J: Twoje pożądanie. Twoje pragnienia.
R: Czuję, jakbyśmy we dwoje stali nadzy z rozpiętymi skrzydłami na krawędzi dachu i dawali sobie ostatni pocałunek przed skokiem w rozsłonecznioną przestrzeń...
J: Unia ciał, emocji i intelektów, tak ja to widzę....
R: Tak jakbyśmy przyciągali się na wskroś rzeczywistości. Wiem, że łączy nas coś wyjątkowego w wielu obszarach i co więcej, nie możemy się temu oprzeć... Oboje wypadliśmy ze swoich trajektorii i przyciągamy się nawzajem. Jak przypadkowe spotkanie w nocnym pociągu...
J: Pociągająco brzmi ten pociąg... Czyżby to twoja kolejna fantazja?
R: Mm, tak.. Nie powiem, kołysanie pociągu jest bardzo erotyczne, do tego to zawieszenie w podróży, pociągi, samoloty, autobusy, dworce mają w sobie coś z takiego erotycznego, intymność i obcość jednocześnie. Zasłonięte przedziały, do których każdy może wejść, przyciemnione światło, senni ludzie, kołyszące się ciała.. Wciąż jesteśmy w podróży do siebie, a po drodze wciąż nas coś kusi i uwodzi, jakaś obcość, przemijalność, czyjeś spojrzenie, czyjś gest, łydka dziewczyny, jej rozchylone usta... Dążę do ciebie, a kątem oka widzę te wszystkie kuszące osoby i krajobrazy, które porzucam dla ciebie...
J: Jeszcze chwila i eksploduję! Dlaczego ciebie tu nie ma? Może to ty jesteś moją fantazją?
R: Tylko nasze złudzenia są prawdziwe. Mocne, akrylowe barwy fantazji przebijają spod pastelowych, pół-przezroczystych warstw rzeczywistości.
J: Poeta… Bądźmy rozsądni. Nie zachowujmy się jak dzieci.
R: Wiesz, im dłużej żyję, tym bardziej przekonuję się, że zdrowy rozsądek i logika nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, to sztuczne twory wymyślone, aby wywierać werbalną presję na innych. Zresztą, co to jest zdrowy rozsądek? Uprzedzenia i przesądy, sprzedawane jako niekwestionowane prawdy, założycielskie dogmaty każdej społeczności.
J: Jesteś przekonujący. Ale ja jestem konsekwentna. Mam swój cel w życiu. Jestem wolna.
R: Twoja wolność to gabinet luster, lustrzana wieża, wewnątrz której jesteś zamknięta. Słyszysz tylko to, co chcesz usłyszeć.
J: Nie przekonujesz mnie. To ty siedzisz w lustrzanym pokoju, upajasz się swoimi słowami i fantazjami. A ja spełniam swoją wolę. Chcę poznać świat i innych ludzi.
R: Kocham cię. Chcę być z tobą.
J: Chcesz mnie usidlić i zamknąć w klatce.
R: Otworzyłem się przed tobą. Oddałem ci się cały.
J: I chcesz mnie mieć tylko dla siebie. Nie potrafię tak żyć. Odchodzę. Daleko. Być może wrócę, jeśli tylko będziesz mnie wciąż pragnął.
R: Idź. Potrzebujesz tego. Oddaję cię światu. Ja zostanę tutaj, w ciemności, twarzą do ściany. Ale będę tu na ciebie czekać... Nieważne, gdzie wyruszysz i z kim będziesz, będę z tobą, będę w tobie, będziemy razem... Jesteś tam wciąż?
J: Tak. Jestem na gwarnym placu pełnym ludzi, mrowiących się w świetle halogenów. Na nocnym bazarze w sercu miasta próbuję daktyle i figi… Jedziemy dalej...
R: Wyszedłem na otwartą przestrzeń. Ale wpatrzony jestem we własne wnętrze. A tam, w najgłębszym miejscu, jak w soczewce, widzę ciebie podróżującą przez świat... Moja wyobraźnia napędza twoją podróż. Gdzie teraz jesteś?
J: Dotarłam na pustynię. Pustynia jest nieziemska… Wydmy są wspaniałe. Oaza jest cudowna... Tyle tu słońca!
R: Zszedłem do podziemia. W tym ciemnym pomieszczeniu, moja głowa staje się jak luneta, camera obscura mojej czaszki. Mam cię w źrenicy, pomniejszoną i odwróconą. Jedziesz dżipem do wioski nomadów. W błękitnej chuście idziesz między wydmami. Oddaję cię światu. Kim będziesz, kiedy wrócisz?
J: Zobaczysz. Wracam. Będziemy rozmawiać bez końca. Wciąż daleko od siebie, ale wciąż w zasięgu wzroku i głosu. Będziemy uciekać od siebie i wracać. Wciąż myśleć o spotkaniu, wciąż myśleć o ucieczce i o powrotach. Tańczyć wokół siebie. Wracam.
R: Złamałaś mnie. Jestem cały dla ciebie.
J: Pragnę cię. Chodź tu. Dotknij mnie. Wejdź we mnie.

* * *

sobota, 10 marca 2012

Migotliwe objawienie


2. Migotliwe objawienie

Obudził się w środku nocy. Od dłuższego czasu nie mógł usnąć, leżąc w ciemności. Tropił zgubiony, zapomniany sen. Poprzedniego dnia, późnym wieczorem, na opustoszałej, bocznej ulicy porzucił ubrania, gesty, części ciała, nastroje, nawyki, wspomnienia... Teraz zbiera w pamięci, znajduje porzucone rzeczy, porzucone części ciała, porzucone gesty, nastroje...

Człowiek rzucony w nową przestrzeń, zdezorientowany i zaniepokojony, stęskniony. Buduje wokół siebie rutyny, praktyki, które dają pewność, poczucie bezpieczeństwa?
Potem przychodzi ciekawość i pragnienie zdobycia przestrzeni. Ludzka ciekawość ma dwie strony: nigdy nie jesteś neutralny. Tworzysz wokół siebie parawan? Zasłonę?
W nagiej osobie wobec przestrzeni pozostaje pragnienie drugiej nieobecnej osoby. Schodzi do podziemi własnej wyobraźni. Jeśli nie oszaleje (ciało pragnie ciała, chce żyć), wychodzi na tu i teraz: błękit, wiatr, słońce, woda, gwar wspólnoty, od której odchodzi, do której wraca...

* * *

Ze stukotu i szumu, nocnego wiatru, niewyraźnych kształtów, z liliowych barw, ze słońca, z gwaru, z pagórków i gwarnych dolin zbieram mozaikę wspomnień i wrażeń, sytuacji, nasz taniec. Od najbardziej ulotnego – zapachu, potem jej krok, sprężysty i pochylony, jej miny, uśmiech, rozwarte, błyszczące intensywnie oczy, silne stopy i ramiona, kształtne nogi, sprężysty brzuch i krągły tyłek, szorstko-aksamitny głęboki, donośny głos, fragmenty: jej zalotne spódniczki, bluzki i pończoszki, przekleństwa i czułości – zbieram jak kamyki i muszle na brzegu wielkiego morza, błękitnej przestrzeni, która jednocześnie dzieli i łączy. Jest moją pamięcią i tożsamością, a jednocześnie ulotną i kuszącą tajemnicą. Jest we mnie i jest przede mną. W tym gwarze i w słońcu, zjawia się. Składam kawałki świata i układam mozaikę na jej podobieństwo.

Jesteśmy jak 2 gwiazdy jednego gwiazdozbioru, świecimy do siebie wydając fortunę na SMSy, przez całą przestrzeń kosmosu, błękitną, granatową, złota, zieloną. Zostawiamy tu swoje małe „ja” i rozpuszczamy się w nurcie wielkiej energii seksualnej. Dopadają mnie wątpliwości, potem przychodzi ukojenie. Niepokój odrywa mnie od „tu i teraz”, nadchodzi ukojenie z akceptacją i uważnością, Joga umysłu: „Miej pusty umysł a pełen serce”. Drobne elementy stają się sygnałami, znakami. Staję się jej wyznawcą: każdy dzień poświęcony innej części ciała: twarz – usta i oczy; sprężysty brzuch i talia; łydki i stopy; piersi i pośladki...

Przypływ i odpływ energii witalnej. Siła atrakcji i siła odśrodkowa walczą ze sobą.
Razem czy osobno?

Transpersonalizm: między-umysł, między-serce, jedno ciało uniwersalne. Pokora wobec miłości.

* * *

sobota, 24 grudnia 2011

wtorek, 30 sierpnia 2011

Portugalia 8


20.08.2011, sobota

Lizbona – Monachium – Warszawa



Nadchodzi czarny poranek, zziębnięci, przemęczeni, wsiadamy do samolotu. Przesypiamy świt, budzimy się na posiłek podawany w prostokątnych pudełkach – dziwna substancja, chyba z racji jakiś niemiecko-francuskich resentymentów nazywana „omletem”.

W Monachium nastaje słoneczny dzień, ale nas słońce już nie cieszy – oddalamy się od oceanu. Znów prowadzą nas wyświetlacze, ekrany, piktogramy, barierki, ruchome chodniki, wskazówki, drogowskazy, strzałki i linie. Zmęczone, przygnębiające myśli. Wirtualne stado można okiełznać, prowadzić i karmić. Ale ludzki żywiec zamknięty w samolocie, albo w poczekalni, skazany na oczekiwanie – zaczyna się nudzić. Kręcić się. Narzekać. Psuć się. Współcześni ludzie stają się coraz mniej bystrzy, coraz głupsi, coraz bardziej niezdarni i słabi jako jednostki. Analfabeci i idioci, karmieni reklamami i darmową kawą. Z opóźnieniem wsiadamy do drugiego samolotu.


W końcu przybywamy tutaj, do równego i uporządkowanego miasta Północy. Wietrzna przestrzeń, jaskrawe słońce, uregulowana natura, czysta modernistyczna architektura. Miasto jakby puste. Wyjazd do Portugalii wydaje się snem. Bierzemy prysznic i idziemy spać. Ze snu wracamy w kolejny sen.


* * *


Portugalia 7


19.08.2011

Ericeira - Lizbona



Ostatni rozświetlony poranek, ostatni spacer, ostatnia kawa, ostatnie spojrzenie na ocean i wracamy do Lizbony. Samochód oddajemy w południe – przed nami 18 godzin oczekiwania na samolot, włóczenia się po mieście, sycenia się atlantyckim klimatem, zabijania czasu. Nowe doświadczenie w podróży – tym razem mamy przemierzyć nie przestrzeń, ale czas. Snujemy się ulicami, zaglądamy do sklepów, przymierzamy ubrania, przesiadujemy w barach, na skwerach, przyglądamy się ludziom.


Gwar i ruch Lizbony, jej rozległość, gęstość i drobiazgowość rytmu są nieporównywalne z miastami Północy. Równe ulice Rossio z jej sklepikami, zawiła, arabska w klimacie Alfama, pełna zaułków, wąskich pasaży, schodów między kamienicami i kamiennych, malutkich placyków, wąziutkie, wieloboczne kamienice, warstwa po warstwie, jak drzewo czy mrowisko; kilka pięter w głąb ziemi – zasypany rzymski amfiteatr, ruiny, ogrodzenie wokół zachwaszczonej parceli… Miasta Południa – ogromne, rozległe, przeludnione, obfite, drobiazgowe – rano wzbudzają euforię swoim ruchem, prędkością, entuzjazmem i gwarem – a o zmierzchu tak samo łatwo powodują wyczerpanie i zmęczenie – wszystko zamienia się w swoje bolesne przeciwieństwo – hałas, tłok, anonimowość, zagubienie, apatia, alienacja. A wieczorem miasto znowu się zmienia, staje się zaciszne i przyjacielskie, jakby cię pocieszało.


Nadchodzi zmierzch – szukamy odosobnionych miejsc w Parku Narodowym, ale wciąż ktoś tamtędy przechodzi, głównie samotni mężczyźni. Zbieramy siły i wracamy do Bairro Alto, gwarnego i zatłoczonego w sobotni wieczór. Chmurny dzień zamienił się w pogodną noc, a my ostatni raz patrzymy na półksiężyc bielejący nad czerwonymi dachami, ostatni raz słuchamy tego szeleszcząco-obłego języka, ostatni raz oglądamy wystawy i innych turystów. A potem przez 6 godzin tropikalnej, wietrznej nocy koczujemy na lotnisku. Nocny wiatr targa palmami i nagania chmury, które nad ranem wzbierają czarną, ponurą ulewą. Lizbona płacze na nasz wyjazd.


* * *


Portugalia 6




18.08.2011, czwartek

São Martinho da Porto – Caldas da Raihna – Foz do Arelho – Peniche – Baleal – Lourinha – Porto Novo – São Lorenço - Ericeira



Nasz wypożyczony samochód jest wspaniałym rozwiązaniem: otwiera przed nami nieograniczone możliwości i sprawia, że jesteśmy samowystarczalni. Kręte drogi, wiatr i słońce, które niepostrzeżenie spaliło nas na plaży w Foz do Arehlo, miękkiej piaszczystej fałdce, owalnej wklęsłości wśród skał, gdzie tak różni ludzie spędzali swój wolny czas, jak kolekcja unikatowych skarbów-eksponatów, wyrzuconych na brzeg. Rzędy niebieskich daszków i parawanów, obok rodziny, panowie o śniadej cerze i wciąż atrakcyjne matki, a wkoło szalejące dzieci. Wśród nich usnęliśmy i słońce spiekło nas jeszcze przed sjestą.

Podróż uczy wyważenia emocji, dystansu i buddyjskiego nie-lgnięcia. Trafiliśmy na bazar do uroczej miejscowości Caldas da Raihna. Oczarowani chodziliśmy wśród straganów, uliczkami i alejkami parku. Wróciwszy do samochodu, zastaliśmy za wycieraczką mandat za złe parkowanie. Jeden świstek wystarczył, by popsuć nam nastrój. A co będzie za zakrętem? Euforia, czy przygnębienie? Radość czy smutek? Wszystko lepsze od apatii…


Po południu pakujemy się do naszego kapsuły kosmicznej i wyruszamy na przejażdżkę wzdłuż wybrzeża Estremadury. Mijamy malownicze biało-niebiesko-beżowe miejscowości, górsko-morskie krajobrazy. W górę i w dół zielonymi wzgórzami, wzdłuż błękitnej przestrzeni, otwartej na nieskończoność kosmosu, aż do zachodu słońca, czyste, lekkie, przestronne miejscowości nadmorskie, zawieszone nad urwistym wybrzeżem, jak wiszące ogrody, eskadry statków powietrznych. Nostalgiczny wieczór w Ericeirze, wśród wąskich uliczek rybackiej wioski. Dobra kolacja i miłość na parkingu. Wśród prostych przyjemności odpływamy w ciepłą ciemność.


* * *


Portugalia 5




-->
17.08.2011, środa
Estremadura: Figueira da Foz, Pedrõgão – Nazarré – São Martinho da Porto

Wstajemy sfrustrowani, niebo wciąż grzęźnie w szarych kłębach chmur, ocean, groźny i zasępiony, wciąż się marszczy. Wyjeżdżamy z miasta i jedziemy wzdłuż wybrzeża. Zaspana Portugalia leniwie budzi się do życia. Tropikalny krajobraz, palmy, cyprysy, biało-beżowe domy, ceramika, motocykle, melony, koty i matrony – cały świat wygląda na zdezorientowany. Okolica wygląda dość niesamowicie: krajobraz Południa, w którym zabrakło słońca, jakby dziwny kataklizm usunął kolor i światło z otoczenia.

Jednak jeszcze przed południem, pogoda kompletnie się zmienia. Dojeżdżamy do następnej miejscowości, znajdujemy sympatyczną, pustą plażę - i po kilkunastu minutach chmury rozwiewają się, a na lazurowym niebie rozlewa się oślepiające słońce. Wybrzeże, poszarpane, beżowe skały i złoty piasek: piękna szrama na obliczu Ziemi. Ląd urywa się nagle i zaczyna się ocean: zmienny i wyrazisty, odwieczny i niepowtarzalny. Ocean ogarnia nas radosnym błękitem i bielą, aż po nieskończoną rozmytą linię, gdzie żywioł spotyka się z niebem. Woda oceaniczna jest ciemniejsza, niż w zwykłym morzu, wiatr bardziej słony, a zapach oceanu jest taki intensywny, niemal seksualny... Inny świat, żywa przestrzeń, w której jednostka jest anonimową, żywą drobiną. Wobec tej żywej potęgi człowiek czuje się drobną cząsteczką, jakich miliony wypełnia ten zmienny organiczny fluid. Może dlatego nad brzegiem morza tak łatwo doznać euforii, zagubić się i rozpuścić w pierwotnym istnieniu.

Spaleni wracamy na drogę, do normalnego życia. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, mijamy plaże, przejeżdżamy zatłoczone Nazarré, a potem zatrzymujemy się w małym, urokliwym mieście nad zaciszną, niemal idealnie okrągłą zatoczką, w której groźny ocean staje się oswojonym jeziorem. São Martinho da Porto, miła, familiarna miejscowość – stajemy na parkingu nad plażą. Po południu kochamy się wewnątrz samochodu, pośród rodzin i plażowiczów wracających na obiad.

* * *