Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ezoteryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ezoteryka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 listopada 2010

Bogini

...A ciało Bogini unosiło się ponad Wodami...
(Alter-Genesis 01)

* * *

wtorek, 12 października 2010

Samuel Beckett "Molloy"


Fred Virdeh: Crippled though I was, I was no mean cyclist (A reference from Beckett's "Molloy")
2009
(źródło: http://terrykreiter.blogspot.com/)


Samuel Beckett – najbardziej gnostycki pisarz XX wieku

Znów zacząłem czytać Becketta. Dlaczego akurat teraz odczułem tę potrzebę? Do końca jeszcze nie wiem. W każdym razie, od ostatnich lektur moje życie obróciło się kilka razy wokół własnej osi, wzniosło się na inny poziom, bogatsze o kilka złudzeń i rozczarowań – a dawna literacka fascynacja nabrała całkiem nowego wymiaru! Po odfiltrowaniu całego śmieciarskiego kontekstu – taniego tzw. „nadwiślańskiego egzystencjalizmu”, marnych imitacji i ogranej stylistyki – okazuje się, że to nadal żywa i drapieżna, nowoczesna literatura! Wartka, wciągająca narracja, czarny, absurdalny humor, nihilistyczna, wywrotowa filozofia – wszystko w takim stężeniu, jakiego u współczesnych pisarzy trudno szukać. Nic dziwnego, że Beckett inspirował sytuacjonistów czy pisarzy beat generation, jak William S. Burroughs czy Alexander Trocchi...

Zapewne nie napiszę nic nowego – ale wiele zmieni, jeśli potraktujemy Becketta jako pisarza gnostyckiego. Wtedy jego „skrajny pesymizm” i nihilizm nabierają znaczenia jako formy ontologicznego buntu wobec niewolniczej kondycji ducha ludzkiego, uwięzionego w materialnym świecie. Zdeformowani, niepełni bohaterowie, często unieruchomieni w nieokreślonym miejscu, ostentacyjny turpizm, niepewność i brak wiedzy o własnej sytuacji, o świecie, wreszcie o samych wartościach… Wszystko to tworzy obraz człowieka jako ducha uwięzionego w materii, pragnącego uciec przez poznanie innego świata – a jednocześnie skazanego na wieczną niepewność i niejasność stawania się. Cóż, gnostycy – jako mistycy, nauczyciele i praktycy duchowi – starali się odnaleźć drogę ucieczki. Beckett jako artysta przedstawia jedynie sytuację, nie dając nam żadnych łatwych (w ogóle żadnych) rozwiązań, unikając jednocześnie doktrynerstwa. Dlatego ta literatura wciąż jest żywa, nie zamyka się w płaskich schematach i dogmatycznych trendach.

Wracając do tematu, literatura Becketta współcześnie zyskuje jeszcze na sile. Jego nihilizm i minimalizm stają się tym bardziej prowokacyjne, wywrotowe i krytyczne wobec naszych czasów przesytu, pluralizmu i częstokroć wymuszonej radości pięknoduchów oraz konsumentów. Tak więc czytajcie Becketta, wolne duchy, póki nie jest za późno!

„To dzięki niej poznałem miłość. Nazywała się chyba Rut, takie łagodne imię, ale nie jestem tego pewien. Może się nazywała Edyta. Miała otwór między nogami, nie, nie dziurę, jak sobie zawsze wyobrażałem, lecz szczelinę, no i wkładałem tam, a raczej to ona wkładała mój członek, nazwijmy to tak, męski, zresztą nie bez trudu, no i pchałem stękając z wysiłku, aż wytrysłem albo zrezygnowałem, albo też ona mnie błagała, żebym przestał. Zafajdana zabawa, moim zdaniem, w dodatku na dalszą metę nużąca. Ale przystawałem na nią dość chętnie, wiedząc, że to jest miłość, bo ona mi tak powiedziała”. (s. 59)

„Jak długo bowiem pozostawałem nad morzem, moje słabe punkty, stając się coraz słabsze, jak się należało spodziewać, stawały się takie w sposób niewyczuwalny. Tak iż byłbym w niemałym kłopocie, chcąc stwierdzić na przykład o dziurze w zadku, Patrzajcie, ona ma się o wiele gorzej niż wczoraj, można by powiedzieć, że to nie ta sama dziura w zadku. Przepraszam, że jeszcze raz wracam do tego wstydliwego otworu, żąda tego moja muza. Może należy w tym widzieć nie tyle wymienioną ułomność, ile symbol wszystkich ułomności przemilczanych przeze mnie, a godność tę zawdzięcza ona zapewne swemu centralnemu położeniu i swej właściwości łącznika między mną a pozostałym gównem,. Moim zdaniem ta dziurka jest zapoznana, nazywamy ją dziurą w zadku i udajemy pogardę dla niej. Ale czy nie jest ona raczej prawdziwą bramą istoty, której słynne usta byłyby w tym wypadku tylko wejściem kuchennym?” (s. 84)

Samuel Beckett „Molloy”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983

* * *

piątek, 30 stycznia 2009

Powtarzalność masek w "Golemie"

(okładka)

Gustaw Meyrink „Golem”
, Kraków 2004 (Lipsk 1915)


2.

Najciekawsza jest w tej książce, jak myślę, powtarzalność niejasnych sytuacji. Wielokrotne dochodzenia, które bohater prowadzi z wnętrza własnej samotności, narracja jest przecież pierwszoosobowa. Jako Atanazy Pernat musi cały czas śledzić swoje zapomniane wspomnienia, a w ostatniej chwili oddaje przecież nawet własne nazwisko, wraz z kapeluszem.
Wszystkie niepewne fakty istnienia muszą zostać powtarzane, niezależnie od tego, że bohater odtwarza swoją drogę, uciekając przed Aronem Wassertrumem. Drugi równoległy bieg opowieści, to walka studenta Charouska z Wassertrumem. Na tym społecznym planie każda osoba ma określone znaczenie dla Atanazego Pernata, a zarazem odzwierciedla się w innej osobie dramatu, swoim przeciwnym aspekcie. W doświadczeniach egzystencjalnych i na planie metafizycznym, przez mistrzem Pernatem stoją przecież naprzeciw: Aron Wassertrum – Szemajah Hillel; Angelina – Miriam; student Charousek - lekarz Wassory. Dualizm, wyraźni antagoniści, jakby różne aspekty tych samych stanów bytu. Czy można by to przyrównać do układu sefirotów? Zapewne tak...
Ale to jeszcze nie koniec.

Myślę, że nie jest to jednak historia o wspólnej nieświadomej duszy. (W wolnej chwili streszczę inne interpretacje.) Ale raczej historia o różnych poziomach prawdziwości istnienia. Golem jest dla nas sztucznym istnieniem, pozbawionym iskry prawdziwego żywota, ale takimi samymi glinianymi golemami jesteśmy także i my, ludzie, z punktu widzenia archaniołów, a tym bardziej hebrajskiego Stworzyciela, Jahweh, wobec niego też jesteśmy sztuczni. Przecież zgodnie z księga Sefer Jecirah, Adam został stworzony z liter alfabetu.

Wreszcie nie zapominajmy o planie egzystencjalnym, osnutym na tle życia miejskiego. Jego charakter wyznacza motyw zagubienia się w mieście.
Podsumujmy więc: „Golem” jako maska bezimienności miasta?
Powtórzenie „Golema” przeciw prawu (ludzkiemu) i naturze jednocześnie. (G. Deleuze)
Nie sztuczność, ale różne poziomy prawdziwości istnienia. (por. „Według łotra” A. Wiśniewskiego-Snerga).
Otchłań jako podziemny labirynt, szkatułkowa czynszówka. „Umysł zawiera w sobie wszystko, czego jest środkiem” pisze John Crowley w „Samotniach”. Ten niejasny dla samego siebie mechanizm, czyli umysł, pozwala duchowi fizycznie odciskać swoje duchowe kształty w bezimiennej materii. W ten sposób powstają różne poziomy aspektów duchowości, coraz gorsze odbitki ducha.
A na zewnątrz biały szum ulicy.

* * *

niedziela, 25 stycznia 2009

Gnostycka powieść Meyrinka


(przednia i tylna strona obwoluty)

Gustaw Meyrink „Golem”, Kraków 1958 (Lipsk 1915)


1.

Jeśli blogi to wyraz samotności, to aby samego siebie sprowokować, poczynię nieco cyniczną, kpiarską uwagę na samym początku:
W pewnym momencie chwyciłem się na myśleniu o tym, jaka to dziwna sprawa, śledzić fabułę książki, której bohaterowie w pewnym momencie nie mogą zadzwonić do siebie z telefonu komórkowego. Ich samotność jest ostateczna.
Czytałem właśnie "Golema" Gustawa Meyrinka (1915), rozdział [9.] "Strach". Atanazy Pernat nie może zawiadomić Szemajaha Hillela, z podziemia pod żydowskim gettem w czeskiej Pradze, aby tamten schował listy Angeliny. A sprawa jest śmiertelnie poważna, bo Wassertrum już węszy na poddaszu. Pozostaje jedyne rozwiązanie, wyjść z tamtego pokoju żywym, bez świecy i sznura. Ale jak, jeśli losy złowieszczo się zazębiają, a w ciemności gubi się jedyne wyjście do własnego pokoju? W „Golemie” Meyrinka poznajemy mroczne mechanizmy życia miasta z bardzo bliska. Zwykle przez straszne sekrety kilkorga osób. Wszak tandeciarz Wassertrum rządzi bodaj całą żydowską dzielnicą.
Jest jakieś przejaskrawienie w przedstawieniu tych niejasnych intryg i ciasnych kamieniczek praskiego getta. Rzeczywistość wykrzywia się groteskowo. W pełnej napięcia, klaustrofobicznej scenie, mistrz Pernat ma wrażenie, że zza drugiej strony ściany ktoś nasłuchuje równie czujnie jako on. Czy może on podsłuchuje sam siebie? Lustrzane odbicie po drugiej stronie? Żadnej otchłani?! Przechodzimy po prostu z jednego małego pomieszczenia do drugiego. (Jak w filmie „Cube”!)
Różnej wielkości i złożoności klucze pasują do różnych poziomów bytu. Czy bohater odkrywa stare szmaty, czy samego siebie z początku powieści? w tym zamkniętym pokoju, który łączy się jedynie z jego własnym, ciasnym korytarzem, jakby przekopanym w materii?
Jeżeli poznanie to gra, to jakie są praktyczne wnioski? Tak jak istnieją różne poziomy, tak i różne hasła, klucze, które je otwierają. Być może dla każdego inny. Czy Mistrz Atanazy nie jest marionetką, pałubą, kukiełką ich wszystkich, choćby swojego przyjaciela Hillela, który przesunięciem ręki przed jego oczami sprowadza nań głęboki sen?
Ale to jeszcze nie koniec.

* * *

czwartek, 8 stycznia 2009

Jim Butcher: "Front burzowy". Okultystyczny kryminał

(okładka)

Jim Butcher "Akta Harry'ego Dresdena" Nowy Jork 2000


Wbrew klasyfikacji wydawcy wcale nie mamy do czynienia z cyklem fantasy. „Akta Harry’ego Dresdena” to wyśmienity okultystyczny kryminał. Znajdziemy w nim wszystkie cechy powieści kryminalnej w stylu Raymonda Chandlera: barwne wizerunki postaci, wielkie namiętności, zagadkowe morderstwa, a nawet zdystansowanego bohatera o sarkastycznym poczuciu humoru.
Na tym co prawda podobieństwa się kończą. Bowiem Harry Dresden to prywatny detektyw, a jednocześnie... mag, którego wiedza i zdolności służą rozwiązywaniu tajemnic paranormalnych zbrodni, nawiedzających współczesne Chicago. Obok (a może wewnątrz) ponowoczesnego miasta znajduje się Nigdynigdy, tajemna kraina nadnaturalnych bytów i mocy. Jednak „Akta...” nie są bynajmniej jakąś postmodernistyczną parodią. Nigdynigdy i jego mieszkańcy ukazują się nam z naturalistyczną wręcz dosadnością: elfy są zarozumiałe, trolle to huligani, wampirzyce prowadzą luksusowy dom schadzek, a Biała Rada magów jest bezwzględna i konserwatywna.
„Front burzowy” byłby jednak książką, jakich wiele, gdyby nie szczególnie wnikliwe potraktowanie fenomenu magii. Sztuka magiczna nie jest tu jedynie liczbowym współczynnikiem, zmieniającym statystyki bohaterów, jak w grach RPG. Magia to prawdziwa, nawet jeśli hipotetyczna, nauka i sztuka. Jim Butcher opisuje ją z wyczuciem i znawstwem, z poetycką dokładnością i naukową wyobraźnią, a przede wszystkim z ogromną wrażliwością na sprawy ducha i duszy. W efekcie otrzymujemy pasjonujący fabularyzowany "grimoire" magiczny – bardziej prawdziwy, niż niejeden "okultystyczny" podręcznik magii.

Niech za dowód posłuży poniższy fragment:
„...Ktoś użył magii, by tak się stało. Ktoś użył magii, by skrzywdzić drugiego człowieka, łamiąc Pierwsze Prawo. Szlag trafi całą Białą Radę. Nie było to działanie złego ducha czy złośliwych bytów ani też atak jakiejś istoty zamieszkującej Nigdynigdy, w rodzaju wampirów czy trolli. Było to przemyślane i celowe użycie magii przez maga, istotę ludzką zdolną czerpać podstawową energię życia. To było gorsze niż morderstwo. Była to pokręcona, cholerna perwersja, jakby ktoś zatłukł kogoś innego na smierć płótnem Botticellego, posługując się pięknem dla kompletnej destrukcji”.
„Trudno to zrozumieć komuś, kto nie miał z tym do czynienia. Magia tworzona jest przez życie, a przede wszystkim przez świadomość, inteligencję i uczucia człowieka. Zakończyć czyjeś życie za sprawą tej samej magii, z której się ono zrodziło, jest czynem ohydnym, nawet kazirodczym”. (s.18)

Jim Butcher "Front burzowy. Akta Harry'ego Dresdena, tom I".
Roc Books, NY 2000.
Tłum. Anna Cichowicz. Amber, Warszawa 2004


* * *