poniedziałek, 11 stycznia 2016

8. Droga bez końca





8. Droga bez końca

Ojciec, Matka i Dziecko szli wciąż dalej. Co mijali po drodze? Palmy, kaktusy, pola trzciny i kukurydzy, akacje, krzewy, stada krów i osłów, kondory i orły, flamingi na słonych, piaszczystych rozlewiskach. Małe wioski pomiędzy stromymi, skalistymi górami, warsztaty samochodowe i fabryki, figurki Matki Boskiej wtopione w krajobraz. Mijali autobusy i samochody pełne współczesnych mieszkańców tego lądu, śniadych, niskich i grubych, ogłupionych serialami telewizyjnymi, polityką i sportem, ubranych kolorowo i krzykliwie, umalowanych i uperfumowanych analfabetów. Ostatni rdzenni mieszkańcy tych ziem żyli jak włóczędzy, zepchnięci na pobocze Wielkiej Drogi. Sypiali w hamakach rozpiętych na parkingach i sprzedawali ręcznie wykonane ozdoby na dworcach autobusowych, okrywali się starymi kocami, chowali niemowlęta w kartonowych pudłach i zbierali odpadki ze śmietników.
W trakcie swojej podróży Ojciec, Matka i Dziecko przeżyli wiele przygód. Musieli walczyć z chorobami, utknęli na pustkowiu. Rozdzielili się, a potem wrócili do siebie. Razem podróżowali wciąż dalej. Ojciec i Matka zmienili się w trakcie podróży. On zaczął doceniać to, co już posiadał, zamiast podążać za nierealnymi fantazmatami. Ona stała się bardziej otwarta na jego szalone pomysły. Dziecko poznawało świat. To, co było dotąd słowami legendy na mapie, stało się realnymi, niepowtarzalnymi miejscami: Orinoko, Andy, Kordyliery, Karaiby, Gran Sabana. Jednak odkąd Dziecko poznało świat, zaczęło martwić się o swoich Rodziców.
Podążali nad morze. W czasie wędrówki stali się Lustrzanymi Ludźmi, odbijającymi wrażenia, gesty i słowa. Szli nad wybrzeże idealnie lazurowego Morza Karaibskiego, aby zmyć z siebie brud przeszłości i kurz drogi. Pobladli i wycieńczeni, pośród śniadych i krępych ciał osadników byli jak półprzezroczyste wodne stworzenia. Czysta esencja człowieka.

* * *

niedziela, 10 stycznia 2016

7. Incydent na lotnisku




7. Incydent na lotnisku

Matka natychmiast zatrzymała autobus zmierzający z powrotem tam, gdzie mieszkał Lekarz. Jeszcze tego samego dnia Matka z Dzieckiem znaleźli się u Ramona. Zostali u niego na noc. Co tam się wydarzyło? Czy on ją uwodził? Czy ona go kusiła? Czy doszło między nimi do czegokolwiek? Być może. Niech to pozostanie tajemnicą podróży.
Tymczasem następnego dnia w porze świtu, o godzinie szóstej rano, niewielkie prowincjonalne lotnisko było świadkiem niecodziennego zdarzenia. Na parkingu zatrzymała się grupa podstarzałych motocyklistów. Niektórzy wyglądali na mocno skacowanych. Wśród nich tylko jeden miał jasną koszulę. Nie miał natomiast motoru.
Nie bardzo wiadomo było, w jaki sposób gang „Serpientes y Estrellas” zamierzał ukraść albo porwać samolot. Nie jest pewne, czy był wśród nich jakikolwiek pilot, choć w tym rejonie nauka pilotażu była jedną ze standardowych zdolności. Co do Ojca, zawsze miał jakiś plan na przyszłość, jednak kiedy przychodziło do działania, zdawał się na intuicję i improwizację.
Mężczyźni sztywnym krokiem podeszli do podjazdu przed bramą lotniska. Po drugiej stronie szlabanu stało dwóch żołnierzy. Obok tkwił ochroniarz, w białej koszuli i czarnych spodniach, przy boku miał przytroczoną kaburę z rewolwerem. Żołnierzy patrzyli posępnie przed siebie, ochroniarz popijał kawę z malutkiego plastykowego kubeczka.
Potencjalni porywacze stali zdezorientowani po drugiej stronie ulicy. Nie przewidzieli tego, że wjazdu na lotnisko strzeże opuszczony szlaban. Motory musieli zostawić po drugiej stronie ulicy. Teraz zaczęli omawiać szczegóły akcji, kogo należy obezwładnić i jak przedrzeć się przez parkan otaczający pasy startowe.
W tym momencie z głośnym warkotem silnika zajechał motor Lekarza Ramona. Z piskiem opon wykonał zakręt i zatrzymał się między gangiem a bramą lotniska. Matka w czarnym kasku na głowie, mocno dzierżyła kierownicę.
– Wsiadaj! Jedziemy po syna – krzyknęła Matka do Ojca.
– Ale… - Ojciec stał niezdecydowany.
– Nie ma czasu! Wsiadaj! – stanowczo ponagliła go Matka.
Ojciec wahał się jeszcze przez chwilę, zerkając na bramę lotniska i pozostałych gangsterów, potem spojrzał na Matkę na motorze. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Ojciec opuścił swoich osłupiałych towarzyszy i usiadł za Matką na siodełku motocykla. Rozrzucając na boki żwir, maszyna zawróciła i ruszyła w stronę drogi szybkiego ruchu.

* * *

sobota, 9 stycznia 2016

6. „Serpientes y Estrellas”



6. „Serpientes y Estrellas”

Od kilku dni rodzice byli skłóceni. Praktycznie nie rozmawiali ze sobą, a jeśli już, to z sarkazmem wymieniali złośliwości. Czasem pomagali sobie, w milczeniu i odruchowo, jak dwie ręce tego samego ciała. Pod wieczór chwytała ich tkliwość albo namiętność. Przytulali się do siebie, obejmowali się, albo szli na ubocze, aby się kochać. Dzieciak i tak wiedział, co robili, ale udawał, że niczego nie widzi.
Zmierzali wciąż dalej w stronę morza, aż trafili do niewielkiej miejscowości na skrzyżowaniu dróg. Cała osada obejmowała kilka domów, dwa sklepy, pastelową kapliczkę z Matką Boską, wreszcie knajpkę, która była jednocześnie pocztą, urzędem i salą zebrań.
Zatrzymali się w tej mieścinie na kilka dni. W zasadzie utknęli tam. Matka miała tam jakąś ciotkę. Jednak ciotka umarła kilka lat temu i spoczywała na tutejszym niewielkim cmentarzu pod białym, popękanym katafalkiem. Pozostało jedynie kilku dalszych krewnych ciotki. Jeden z nich zgodził się przyjąć ich u siebie. Oczyścili niewielki schowek ze starego żelastwa, wstawili ramę łóżka, stary materac i powiesili hamak.
Nawet nie musieli się ukrywać. Tutejszy komendant miał dziwną metodę sprawowania porządku. Zapisywał liczbę obywateli, każdego przyjeżdżającego i odjeżdżającego. Bynajmniej nie wysyłał tych informacji do stolicy, zapewne z lenistwa i atawistycznej niechęci do biurokracji. Jeśli tylko nowoprzybyły wykazał jakiś rozsądny powód przybycia, komendant natychmiast tracił nim zainteresowanie. Jeśli ponadto był krewnym mieszkańca, przestał być zauważany. Na tym kończył się nadzór władz. Komendant zachowywał się, jak dobry, choć surowy patron. Witał się ze wszystkimi obywatelami, zadowalał się uwielbieniem matron i swoim zdjęciem na bilboardzie przy wjeździe do miasteczka. Rządy komendanta sprowadzały się do kilku prostych zasad. Mieszkańcy mieli siedzieć cicho, modlić się i oglądać wieczorne wiadomości w telewizji. Poza tym mogli robić, co chcieli w zaciszu swoich skromnych domostw. Mogli się zdradzać, kraść, dawać fałszywe świadectwo, oczerniać swoich sąsiadów, bić swoje żony i dzieci. Byle tylko zostawili rządzenie mieściną oraz intratne interesy w rękach komendanta i jego świty. 
Wbrew pozorom w tak małej miejscowości łatwo przyszło się schować. Ludzie byli tak zajęci swoimi sprawami, że nie zwracali uwagi na przyjezdnych. Ktoś ukradł komuś kurę, ktoś rozbił komuś samochód, ktoś podkradał komuś sygnał kablówki, takie banalne sprawy zajmowały dni leniwego życia wspólnoty.
Komendant utrzymywał porządek dzięki układom z gangiem podstarzałych facetów na północno-amerykańskich motocyklach. Co jakiś czas do miasteczka zajeżdżała grupa mężczyzn, którzy całymi tygodniami wypasali stada krów na okolicznych równinach. Zostawiali swoje motory na piaszczystym parkingu, po czym w pełnym rynsztunku, w czarnych skórach, w kowbojskich kapeluszach, bejsbolówkach, ze strzelbami i pistoletami, przechadzali się główną ulicą lub siadywali w cieniu na skwerze. Mężczyźni zbierali się w dawnej restauracji, w której teraz sprzedawano tylko piwo i oglądali telewizję, zwykle mecze bejsbolu. Ojciec zaczął do nich zaglądać. Wykorzystując swoje zdolności, po kilku szklaneczkach zaprzyjaźnił się z nimi. Szybko dowiedział się, że niedaleko znajdowało się małe lotnisko dla kilku prywatnych firm lotniczych zajmujących się przewozem osób i nawożeniem pól uprawnych. Wtedy w jego głowie powstał nowy plan. Może z gangiem motocyklistów zdołałby napaść na lotnisko i ukraść jeden mały samolot, którym mogliby dolecieć nad morze?
Pewnego dnia Matka z Dzieckiem obudzili się sami. Ojca nie było. Krótko przed świtem wyjechał ze swoimi nowymi przyjaciółmi, z gangiem „Serpientes y Estrellas”. Na kawałku papieru zostawił krótki i niejasny liścik. Żegnał się, ale nie na zawsze. Miał pomysł, o którym nie mógł nic powiedzieć. Wróci, kiedy osiągnie to, co zamierzał. Wtedy wszyscy będą szczęśliwi. Niech się nie martwią.

* * *

piątek, 8 stycznia 2016

5. Dalej w drodze


5. Dalej w drodze

Podróżowanie uzależniło ich jak narkotyk. Przyprawiało o euforię na początku drogi, wzbudzało niezwykłe wrażenia w trakcie wędrówki, a pod wieczór pozostawiało uczucie wyczerpania i nienasycenia. Podróżnik stawał się kimś innym, wzlatywał ponad zwykłe życie, oddalał się od zwykłych ludzi, a wstępował do niebezpiecznej wspólnoty włóczęgów.
W drodze nawiedzały ich upiory. To strzępy ich dawnego życia powracały do nich w myślach, zwielokrotnione i wyolbrzymione jak odgłosy echa. Matka wspominała swoją pracę u fryzjera, w niewielkiej klitce na piętrze ponad barem, pachnącej lakierem do włosów. Tęskniła za rodziną, za przyjaciółmi, za serialami w telewizji. Wspominała swoich braci. Najstarszy z nich pracował jako mechanik samochodowy, miał swój warsztat w bocznej ulicy w dzielnicy po drugiej stronie wzgórza. Średni brat próbował różnych zawodów, chciał być prawnikiem, biznesmenem, robił potem jakieś interesy w nieruchomościach. Jednak najbardziej martwiła się o najmłodszego brata. Poszedł do wojska i rzadko pojawiał się w domu.  Z kolei jej ojciec odciął się od rodziny. Początkowo częściej przebywał z kochanką niż z żoną i dziećmi. Z czasem jednak zestarzał się i zbiedniał. Kochanka odeszła. Ojciec nigdy nie podniósł się po tym załamaniu. Praktycznie przeniósł się do hotelu, w którym widywał się wcześniej z kochanką. Stary, opustoszały budynek znajdował się w centrum miasta. Matka czasem go tam odwiedzała. Hotel sprawiał przygnębiające wrażenie. Przy wejściu siedział bezzębny starzec, dawny portier nie miał dokąd pójść. Odrapany hol z przydymionymi lustrami, pociemniałe obrazy na łuszczących się ścianach, a na prawo niskie, szerokie schody prowadziły na piętra. Widma mieszkańców snuły się po labiryntycznych korytarzach. W brudnych pralniach i schowkach na szczotki grube sprzątaczki wylegiwały się na starych kanapach. Ojciec całymi dniami siedział na krześle w pustym pokoju hotelowym, naprzeciw telewizora nadającego zawody sportowe, przemówienia i seriale. Ostre światło wpadało przez nagie okno, w dole pulsowała ruchliwa avenida. Ciszę pokoju rozpraszał telewizor i terkotanie popsutego wirnika klimatyzacji. Ojciec na krześle rzucał wydłużony cień na kamienną podłogę. Ten nieruchomy, ubogi obraz wzruszał ją teraz do łez.
Dzieciak przypominał sobie szkołę. Betonowy budynek, stado dzieci i zwalistą nauczycielkę, ogromną i przerażającą Murzynkę, która czytała na głos i kazała im powtarzać fragmenty z podręcznika. Potem przypomniał sobie czas po lekcjach, kiedy biegali z chłopakami na puste parcele w dzielnicy, albo wybierali się do centrum. Czasem jeździli autobusem z bratem jednego z nich, który był konduktorem. Stał na stopniach i śpiewnie wykrzykiwał nazwy ulic, zaganiał pasażerów, po czym inkasował pieniądze za kurs. Chłopaki chciały być jednak kierowcami autobusów. W ciemnych okularach prowadzić wielki, rozkołysany pojazd, odtwarzać muzykę na cały regulator i trąbić na opieszałych przechodniów i innych kierowców. Dzieciak tęsknił za gwarem miasta i za swoimi kolegami.
Trudno powiedzieć, co wspominał Ojciec. Zapewne swoje mniej lub bardziej udane interesy.  Może wszystkie zakłady w wyścigach konnych, które obstawiał w długiej, niskiej salce o biało-żółtych ścianach, ze stołami i barem, z drewnianym podestem, na którym konferansjer odczytywał przez mikrofon wyniki gonitw. Może przypominał sobie armię sprzedawców ulicznych, którym podsuwał swoje pomysły na zarobek, grube Murzynki, które trzymały na głowach paczki marmolady z guayaby, obnośnych sprzedawców ciastek, maszynek do golenia, przegrywanych płyt z muzyką, filmami i programami. Może wspominał stoiska swoich znajomych, pełne pilotów do telewizora, ubrań, pudełek z budzikami. Może w myślach przemierzał kręte uliczki w górzystych bairros, gdzie musiał czasem bywać, żeby zapłacić komu trzeba. Może wspominał wszystkich znajomych policjantów, taksówkarzy, barmanów i kelnerów, całą tę gwarną faunę miasta, z którą łączyła go misternie utkana sieć wspólnych interesów. Może... bo nikomu się nie zwierzał. Matka i Dzieciak byli przyzwyczajeni do tego osłupienia, w które zapadał, ilekroć obmyślał swoje przedsięwzięcia, nagle całkiem nieobecny dla tego świata.

* * *

czwartek, 7 stycznia 2016

4. U lekarza


4. U lekarza

Lekarz mieszkał sam w dużej, opustoszałej willi, otoczonej murem, którego wierzch obsypano tłuczonym szkłem. Wyglądał na świat przez zakratowane okna, przez szpary między okiennicami i termitierą. Jego jedynymi towarzyszami były dwa psy i strzelba. Psy nie wyglądały zbyt groźnie, zabiedzone, wypłowiałe kundle, które lekarz kiedyś wyleczył. Strzelba sprawiała wrażenie, jakby mogła być niebezpieczna jedynie dla swojego użytkownika. Lekarz posiadał jeszcze stary, wielki motor, którym jeździł do sklepu. Zwykle jednak wieczorami nieogolony i potargany, siadywał w samej bieliźnie na tarasie i sączył rum z wysokiej szklanki, kołysząc się na bujanym fotelu.
Ktoś życzliwy podwiózł Rodziców z chorym Dzieckiem pod jego drzwi. Zadzwonili. Lekarz ociężale podszedł do ogrodzenia. Matka przejętym głosem opowiedziała ich historię i wskazała bladego, słaniającego się Dzieciaka. Po chwili zabrzęczał elektromagnes w zamku furtki.
Stanęli na wąskiej , pobielanej wapnem alejce pośród smętnych suchych badyli, które kiedyś były krzewami ozdobnymi.
- Ramon – Lekarz ukłonił się lekko i wyciągnął dłoń w stronę Matki.
- Gabriela – Matka dygnęła odruchowo, speszona niczym pensjonarka.
Lekarz okazał się być chirurgiem plastycznym. Tłumaczył im, prowadząc ich przez ubogi ogród.
- Piękno! Piękno przede wszystkim! Nieważne, jakim kosztem. Naturalne lub artystyczne! Dlatego Bóg dał nam rozum, abyśmy upiększali dzieło stworzenia. Masz pieniądze i chcesz o siebie zadbać. My pomagamy ci stworzyć własną urodę! Prawdziwe piękno trzeba stworzyć! Każda kobieta jest własnym dziełem sztuki. Może wykreować samą siebie.
Żona niemal uwierzyła Lekarzowi. Gdyby tylko mieli więcej czasu i pieniędzy… Jednak czy tam gdzie jadą, takie piękno będzie jej jeszcze potrzebne? Zastanawiała się.
Lekarz dał Dzieciakowi środek na przeczyszczenie, a potem zrobił mu płukanie żołądka. Zielony na twarzy, osłabiony chłopiec leżał niemal bezwładnie na plastykowym łóżku zabiegowym. Kiedy zabiegi się skończyły, Ramon pozwolił im zostać u siebie na noc. Po kilku szklankach rumu wywiązała się dyskusja między Ojcem a Lekarzem.
– Europa, tam jest przyszłość! – zaczął niefortunnie Ojciec, choć oczywiście jego plan był ściśle tajny.
– Europa? Europa jest skończona! Europa umiera – stwierdził stanowczo Lekarz. Okazało się, że pochodzi z Europy. Zaczął opowiadać historie ze swojego życia, zanim został lekarzem. Z jego opowieści wyłaniał się obraz pięknej krainy, doprowadzonej do upadku przez szalonych mieszkańców.
– Jak to? Przecież to najbogatsza i najstarsza kultura – zaoponował Ojciec.
– To bogactwo straciło wartość – oznajmił Lekarz. – Europa ciągnie za sobą martwą przeszłość, a wy!... Wy macie przed sobą przyszłość! To tutaj jest potencjał! Tutaj są bogactwa naturalne! Śpicie na największych skarbach świata! Obudźcie się i weźcie sprawy w swoje ręce!
– Ale Europa ma przestrzeń i wolność... Możliwości... – Ojciec z trudem znajdował argumenty.
– Europa? Co ty wiesz o Europie?! – Lekarz z hałasem odstawił szklankę. – Od trzydziestu lat macie zamknięte granice i nie docierają tu żadne informacje. Miałem dwadzieścia lat, kiedy tu przyjechałem. Właśnie z Europy. Już wtedy nie było najlepiej, kilka krajów stało na skraju bankructwa, waluta traciła na wartości, wprowadzali restrykcyjne prawa gospodarcze. A teraz? Teraz jest jeszcze gorzej! O niczym nie wiecie. Powszechna kontrola. Genetycznie modyfikowana żywność. Ludzkie mutanty. Starzy, schorowani mieszczanie. Wasz bogaty kraj odcięty jest od reszty świata, hodują was tu jak pod kloszem. Nowe, zorganizowane społeczeństwo owadów. Ale i wasze bogactwo ostatecznie się skończy – na koniec posmutniał i zmienił temat.
To tylko zirytowało Ojca. Zaczął bronić Europy. W końcu pokłócili się już nie na żarty. Śmiertelnie obrażony Ojciec uniósł się honorem i zdecydował się wynieść z domu Lekarza. Matka chciała zostać, Dziecko ledwie odzyskało siły, jednak Ojca nic nie mogło powstrzymać. Wszyscy troje wychodzili nerwowym krokiem, rzucając pojedyncze słowa uniesionym głosem. Na odchodnym Matka ledwie zdążyła podziękować Lekarzowi. Ten przez chwilę dłużej, niż trzeba trzymał jej dłoń w swojej i zajrzał głęboko w oczy. Żona zmieszała się ze wstydu.
Tę noc spędzili w szczerym polu. Dzieciak długo nie mógł zasnąć. Kaktusy i akacje wyłaniały się z ciemności wokół nich. Gwiazdy wydawały się wirować na niebie. Blade światła migotały gdzieś daleko na horyzoncie, z głębi przestrzeni dochodziły krzyki zwierząt, jakieś stworzenia skradały się przez mrok. Chłopiec nie znał nazw rzeczy, które go otaczały. Nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Rozglądał się z lękiem i fascynacją.
Wszyscy troje milczeli. Po wizycie u lekarza, każdy poczuł wyraźnie, że ich przyszłość nie jest wcale taka pewna. Opuścił ich entuzjazm, pojawiły się wątpliwości. Ale żadne z nich nie przyznał się do swoich rozterek przed innymi.

* * *

środa, 6 stycznia 2016

3. Na postoju


3. Na postoju

Natrafili na patrole już następnego dnia. Znaleźli się na rogatkach wiodących z jednej prowincji do drugiej. Z daleka majaczył duży, metalowy łuk rozpięty ponad drogą. Wzdłuż całej długości widniał transparent z hasłem: „Jeden lud, jedna wolność”. Pomiędzy pasami jezdni stały biało-żółte betonowe strażnice, a z boku drogi budynek z przydymionymi szybami, urząd celny, więzienie i zapewne sala tortur w jednym.
Kilka godzin siedzieli w żółtych, wyschniętych krzakach przed przejazdem i czekali na okazję. Być może, gdyby ktoś zgodził się ich zabrać, wtedy uniknęliby kontroli i schwytania. Ojciec rzucał wciąż nowe pomysły, a Matka znajdowała argumenty przeciw. W końcu zapadła Noc.
Z ciemności wyłonił się Indianin. Był niski, zabiedzony i brudny, miał długie, tłuste włosy, nosił długą, kolorową koszulę, zarzuconą na nagie ciało.
– Co ty tu robisz? – Ojciec poderwał się na równe nogi.
– Byłem na polowaniu – odparł Indianin.
– A co tu mogłeś łowić? – dociekał Ojciec.
– Światło gwiazd – Indianin wskazał palcem w górę.
Nawet nie mrugnął okiem. Trudno było stwierdzić, czy mówił poważnie, czy raczej żartował. Może po prostu zbierał tam puste puszki.
- Jak się nazywasz? – spytał czujnie Ojciec.
- Jésus Moses – Indian wyciągnął rękę.
Z trudem zachowali powagę.
- Jestem Julio César – Ojciec wyciągnął rękę do Indianina.
Po chwili wahania Jésus Moses uścisnął dłoń.
- Może wiesz, jak dotrzeć do najbliższego postoju autobusowego… – zaczął ostrożnie Ojciec.
- Zaprowadzę was – nieoczekiwanie zgodził się Jésus Moses.
Indianin wyciągnął z niewielkiego skórzanego woreczka jakąś jagodę, nadgniótł jeden koniec i umoczył ułamaną gałązkę w ciemnym soku.
- To co namaluję wam teraz na skórze sprawi, że staniecie się niewidzialni na pewien czas – powiedział ze śmiertelną powagą.
Zebrali swoje rzeczy i ruszyli przez nakrapiany cieniami lasek. Jésus Moses prowadził ich wąską i krętą indiańską ścieżką. Niezwykłe rośliny, zwisające kłącza i splątane krzaki, a pomiędzy nimi wiódł wąski przesmyk. Dziwne odgłosy. Dzieciak nie znał tego świata. Ale nie bał się go.
W ten sposób Indianin doprowadził ich okrężną drogą na postój autobusów, zwany tutaj espacio.
- Jesteśmy – powiedział Indianin, kiedy zza drzew błysnęły światła i usłyszeli szum silników.
- Jak możemy ci się odwdzięczyć? – Ojciec rozłożył ręce.
- A co wy mi możecie dać? – Indianin rzucił im spojrzenie bez wyrazu. - Wracam do swoich.
Przebyli koleiny w rozjechanej ziemi wokół zajazdu, stanęli w białym świetle jarzeniówek podwieszonych wzdłuż długiego dachu, nad wysoką halą i miejscem postojowym. Otwarty hol prowadził do baru i panaderii. Spod sufitu zwisało kilka telewizorów, które miały zagłuszać muzykę z głośników.
Na uboczu postoju znajdował się rząd niskich budynków, które mieściły bary, publiczne szalety, jakiś hotelik, sklep z częściami samochodowymi i płynami lubricantes, budkę z loterią, dawny sklep alkoholowy, nieczynny i zakratowany, wreszcie monstrualny śmietnik. Na obrzeżu sterczały stoiska sprzedawców kiełbasy, juki, batatów, bananów, melonów, avocado, na ladach słoiki z miodem i butelki z domowym winem, tusze zwierzęce zwisały na sznurkach z belek, pośród kapeluszy, hamaków, drewnianych zabawek.
Pasażerowie wysiadali z autobusów w trakcie przerw w kursach i otępieni kręcili się po parkingu. Pomiędzy tłumem biegał jakiś mężczyzna z szeroko rozwartymi oczami. Spocone czoło błyszczało się w świetle jarzeniówek. Wszyscy byli przyzwyczajeni do takich scen, nikt nie zwracał na to uwagi.
Obok, w poczekalni, kilkoro osób siedziało na metalowych krzesłach. Oglądali serial przerywany fragmentami przemówień Prezydenta. Niektórzy śmieli się, kiedy trzech komików, przebranych za zniewieściałych fryzjerów, drwiło z fryzury jakiegoś nieudacznika. Potem widzowie klaskali, kiedy pojawił się Prezydent, przemawiający podczas uroczystego otwarcia przetwórni ropy naftowej, w kooperacji z inżynierami z Chin. Hałas serialu i przemówień przekrzykiwała szczekaczka zapowiedzi autobusów. Od hałasu trzeszczały szyby wyklejone czarną folią. Sala oświetlona białym światłem jarzeniówek wyglądała jak scena teatru absurdu.
Tutaj ujrzeli nowy dzień, tutaj zastała ich noc, a potem znowu następny dzień.  Ojciec czuł się tutaj, jak w swoim żywiole. Co chwila znikał na peronach. Pośród tych tłustych nuworyszy od razu rozkręcił jakieś podejrzane interesy. Sprzedawał jednym to, co kupił u innych. Zbierał pieniądze na loterię. „Im więcej się uzbiera, tym większa wygrana” mówił. Matka była coraz  bardziej wściekła. Siedzieli tam już niemal dwie doby.
- Zabierajmy się stąd! – domagała się Matka.
- Nie, poczekajmy jeszcze. Uzbieramy na dalszą podróż – sprzeciwiał się Ojciec.
W jednym z barów na śniadanie dzieciak zjadł coś, co od razu mu nie posmakowało. Ale nikomu się nie przyznał. Poczuł się źle dopiero wiele godzin później. Strasznie rozbolał go żołądek. Zrobił się zielony na twarzy i chwycił się za brzuch. To musiała być arepa z nieświeżą sałatką majonezową.
- Mamo, muszę do łazienki – wystękał.
Zrobił kupę, ale to nie pomogło. Kołysał się, niemal osunął się na brudny asfalt.
- Léon się zatruł - stwierdziła w końcu Matka. - Musimy znaleźć lekarza.

* * *

wtorek, 5 stycznia 2016

2. Droga nad morze


2. Droga nad morze

Kiedy przetarli oczy i zjedli śniadanie, nabrali sił na dalszą podróż. Wydawało się, jakby poranek przyniósł ze sobą początek nowego świata. Natura odzyskała panowanie nad Ziemią, a ludzie zamknęli się w gettach nędzy i bogactwa, w zapadających się do wewnątrz, rozjątrzonych, gwarnych miastach. Niewiadomej rasy i nacji, mali, grubi ludzie o śniadej karnacji, w barwnych ubraniach, obficie umalowani i dziwacznie uczesani, chodzili po zaśmieconych ulicach i mieszkali w rozpadających się betonowych blokach. Ogłupiani durnymi, złośliwymi programami telewizyjnymi, mówili ubogim, niedbałym językiem. Pomiędzy miastami rozciągały się drogi, pulsujące żyły pasożytniczego organizmu, który wczepił się w Ziemię.
Zakurzona droga, zbielały asfalt, znaki drogowe z dziurami po kulach. Żółte ostrzegawcze linie, białe drogowskazy, nieczytelne, rozjechane napisy na jezdni. Śmieci na poboczu, puste butelki, porozbijane skrzynki, tekturowe pudła, plastykowe siatki, zgniłe owoce. Przydrożny stragan zbity z desek i kijów, na nim powieszone na sznurkach butelki z oliwą, miodem i winem, suszone kiełbasy, kiście bananów, w skrzyniach leżały melony, arbuzy, bataty, juka.
Drogą szło dwoje ludzi z małym dzieckiem. Ich czyste, kolorowe ubrania już zdążyły pokryć się kurzem drogi. W walizce ułamało się kółko, trzeba było przykleić je plastrem, w plecaku dziecka popsuł się suwak, więc teraz spinali go agrafką. Skąd szli? Z wielkiego miasta. Sprzedali swoje mieszkanie i uciekli, kiedy zabrakło wody i zaczęły się zamieszki w slumsach i na głównych alejach. Już wcześniej skończyło się paliwo i świeża żywność. Wystarczyły trzy dni przerwy w dostawach prądu, aby miasto zaczęło popadać w ruinę, jak wielki, rozjątrzony wrzód. Ludzie koczowali na ulicach, we wszechobecnym smrodzie rozkładu i fekaliów, rabowano opuszczone domy, całe dzielnice zostały zajęte przez gangi, noce rozświetlone pożarami. Spakowali się i uciekli. Dokąd szli? Nad morze. Chcieli wsiąść na statek, a w zasadzie niewielką , prywatną łódź motorową. Czemu na statek, a nie na samolot? Matka z Dzieckiem nie wiedzieli. To był jeden ze sprytnych planów Ojca.
Co napotykali na swej drodze? Stragany ulicznych sprzedawców. Konwoje nomadów we wszelkiego rodzaju pojazdach mechanicznych. Kolumny wojska zmierzały w nieznanych kierunkach, wypełniając tajne misje. Patrole na motorach, w jasnozielonym mundurach i w czarnych kaskach, z karabinami opartymi o udo, zwykle po dwóch żołnierzy na jednym motorze. Półciężarówki z jedzeniem, na bagażnikach piętrzyły się arbuzy, melony, bataty, ananasy przykryte powiewającymi płachtami brezentu. Stare, odrapane taksówki, czasem miały powiązane sznurkiem i ręcznie klepane karoserie, obłażące z farby i zardzewiałe, za to z nowymi kołami i osiami. W środku siedziało po pięć, czasem osiem osób. Nowe, luksusowe samochody z przyciemnianymi szybami i napędem na cztery koła. Obłe, błyszczące pojazdy, jadąc wydobywały z siebie paraliżujący hałas muzyki tanecznej. Dzieciak zawsze kulił się, kiedy przejeżdżały obok nich, przerażony bardziej niż wtedy, kiedy mijały ich oddziały wojskowe. Dwupiętrowe autobusy z zasłoniętymi oknami. Dzieciak współczuł ich pasażerom, choć to jego rodzina była w gorszej sytuacji. Dzikie zwierzęta, zagłodzone i sparszywiałe, brudne kondory, wyliniałe oposy i wilki, które żerowały na stertach śmieci zalegających na poboczach drogi.
Co czuli i słyszeli? Słodkawy zapach benzyny. Klaksony. Hałas wysokooktanowych silników i muzyki odtwarzanej na pełen regulator. Piekące ciepło popołudniowego słońca.
Co jedli po drodze? Placki kukurydziane zwane arepas, przecięte i wypchane nadzieniem: kurczakiem, mielonym mięsem albo białym serem, sałatką z ośmiornicy albo z tuńczyka, jajkami z majonezem. Albo smażone pierogi czyli empanadas, z szynką i serem, albo z kurczakiem czy mielonym mięsem. Czasem pieczonego kurczaka z gotowaną juką. Albo wielki talerz pokrojonej wołowiny z grilla, pikantnej kiełbasy i kaszanki, z żółtymi plastrami pieczonego batata i szatkowanymi warzywami ze śmietaną.
Na swojej drodze spotykali psy. Psy bezdomne były przyjacielskie i łagodne. Psy łańcuchowe ujadały i rzucały się na nich, powstrzymywane jedynie przez swoich panów, uzbrojonych strażników prywatnych posesji.
Przez taki świat podróżowali Ojciec, Matka i Dziecko. Ku morzu, które mogło zabrać ich dalej w świat. A może utopić w swoich odmętach?
Nad ich głowami zapadał zmierzch.

* * *