sobota, 8 kwietnia 2017

Nocna wizyta









   Nocna wizyta 

   Nocny wiatr, szelest cykad i zapach morza wypełniały powietrze. Granatowa ciemność i mleczno-żółte światło dzieliły między siebie przestrzeń. Strome dachy piętrzyły się pod rozgwieżdżonym niebem, kręte uliczki prowadziły nad skalisty brzeg morza.
   Siedzieli w hałaśliwym i zatłoczonym barze. Ze względu na ciasnotę mieli wrażenie, że odrapane ściany zbliżały się do nich. Przez uchylone okiennice widzieli zmierzwione sylwetki palm na tle ciemnego owalu zatoki. Gorący letni wieczór otulił małe miasteczko nad morzem.
   Claire zerknęła na reklamę przyklejoną do ściany. Na plakacie młoda kobieta w czarnym berecie oferowała widzowi szklaneczkę czerwonego napoju. Dubbonet, głosił napis pod spodem. Za butelką siedział kot. Blondynka w berecie uśmiechała się prowokacyjnie.
   Richard palił  papierosa, Claire wpatrywała się w tłum. No proszę, jak gdyby nigdy nic, zimnokrwiści Anglicy siedzieli sobie pośród namiętnych Francuzów. Trzy lata po „soixante neuf, année érotique” spędzali wakacje w Saint Raphael na Lazurowym Wybrzeżu. Wciąż czuć było tutaj swobodną atmosferę lat sześćdziesiątych. A jednocześnie zza horyzontu wyłaniały się pełne splendoru i blichtru, hedonistyczne lata siedemdziesiąte.
   Jakiś mężczyzna próbował dodzwonić się gdzieś z telefonu stojącego na kontuarze baru. Krzyczał i krzyczał do słuchawki.
   Nagle jakaś para zatrzymała się przy ich stoliku. Usiedli na dwóch ostatnich wolnych krzesłach. Nowi przybysze wyglądali dość niezwykle. Obydwoje milczący, wnikliwie obserwowali tłum, który zupełnie ich ignorował, jak pod wpływem czaru. On miał krótkie, czarne włosy, długi nos i pociągłą twarz. Ona była nieco wyższa od niego, na głowie miała chustkę, a ubrana była w lekki płaszcz. Siedziała sztywno wyprostowana. Wpatrywała się w jakiś odległy punkt. Z nagła utkwiła spojrzenie w wisiorku Claire.
   – Co to jest? – kobieta wskazała palcem medalion.
   – To jest znak zodiaku – odparła Claire.
   – Aha. A co to znaczy? – indagowała nieznajoma.
   – Symbol gwiazdozbioru Koziorożca.
   – Czyli… konstelacja gwiazd na niebie?
   Kobieta uporczywie przyglądała się medalionowi. Jej towarzysz zachowywał się, jakby zażył jakieś narkotyki i próbował to ukryć. Starał się zachować obojętną minę, jednak jego twarz wykrzywiały zabłąkane, szalone grymasy tłumionego śmiechu bądź przerażenia.
   – Jestem Claire – wyciągnęła rękę.
   – George… George ? - mężczyzna zwrócił się do swej towarzyszki.
   – Verra… - przedstawiła się kobieta.
   – Skąd przyjechaliście? – włączył się Richard.
   – Stąd niedaleko. Ale i nie stąd. Z bliska i z daleka – odrzekł enigmatycznie George.
   Vera zachowywała się jeszcze dziwniej. W zasadzie przez większą część czasu siedziała zapatrzona w przestrzeń. Wyglądała na zamyśloną albo śmiertelnie znudzoną. Wówczas znienacka odzywała się z natarczywą dociekliwością.
   Rozmowa z nimi była dość osobliwa. Przyjezdni mówili nieskładnie po angielsku i prawie zupełnie nie znali francuskiego. Mimo to  roztaczali atmosferę pewnej intymnej zażyłości i wzajemnej, zmysłowej fascynacji. Z drugiej strony zachowywali się, jakby mieli coś do ukrycia, unosił się wokół nich nastrój jakiejś niesamowitej, być może groźnej tajemnicy.
   W końcu nowi znajomi zaproponowali im udział w małym przyjęciu. Mogli zabrać ich swoim samochodem niedaleko stąd, za Le Dramont, koło Agay. Czemu nie? Claire z Richardem nie mieli innych planów. Zgodzili się.
   Udali się do wozu. Liście drzew szeleściły hipnotyzująco, cienie kołysały się wraz ze światłem latarni zawieszonych na ścianach domów. Skręcili w ciemny zaułek. Znaleźli się w jednym z wąskich przesmyków między niewielkimi kamienicami, gdzie trzeba było omijać przymknięte okiennice, sznurki na pranie i skrzynki wystawiane na zaplecza restauracji.
   George wskazał im mały plac u wylotu ulicy. Citroen DS cabriolet stał sam na pustym parkingu nad morzem, oświetlony blaskiem księżycowego światła, a za nim w granatowej ciemności srebrzyła się zatoka.
   – Idźcie przodem!
   Sami skręcili w niewielki zaułek po prawej. Richard i Claire, chybocząc się na kostce brukowej, poszli w stronę samochodu. Przechodząc, Richard ujrzał kątem oka nowych znajomych. Vera opierała się o parapet zamkniętego okna i paliła papierosa. Trzymała go w bardzo nietypowy sposób. Natomiast George wyjął z kieszeni niewielkie płaskie pudełko, podobne do papierośnicy, po czym otworzył je we wnętrzu dłoni. Ze środka przedmiotu błysnęło jasne światło. Mężczyzna wpatrywał się w nie przez chwilę, roześmiał się dziwnie i schował przedmiot do kieszeni.
   Wówczas jego obraz zafalował i zniknął na chwilę, a jego sylwetkę wypełniła głęboka czerń. To samo stało się z wyglądem jego towarzyszki. W tej czerni pojawiły się przez moment jakieś niesamowicie obce, niepojęte kształty. A potem powróciła ich zwykła powierzchowność. „Dziwne doznania po absyncie”, pomyślał Richard.
   Znaleźli się na małym parkingu otoczonym przez morze.
   – Tam jest nasz samochód! – wskazał George.
   Zobaczyli niewielki, opływowy wóz o czerwonym lśniącym lakierze, Citroen DS cabrio. Mężczyźni zajęli miejsca z przodu, a kobiety z tyłu. I zaczęła się karkołomna jazda. Wyjechali z miasteczka, udając się w stronę Le Dramont.
   Jechali drogą wzdłuż wybrzeża. Trasa prowadziła serpentynami pośród skał, zagajników i prywatnych rezydencji. Z ciemności wyłaniały się niezwykłe kształty drzew i głazów, a dalej morze wzbierało falami nieogarnionego, bezkresnego żywiołu. Daleko po drugiej stronie zatoki widoczne były światła innej miejscowości, a wyżej, ponad wzgórzami, miriady gwiazd. Upajali się ciepłą, krystaliczną atmosferą wieczora.
   Niespodziewanie Vera wspięła się na kanapę i usiadła na oparciu, ze stopami na siedzeniu. Siedziała tak na klapie bagażnika, podczas kiedy samochód jechał z pełną prędkością. Wiatr rozwiewał kosmyki włosów wystające spod chustki. Kobieta miała wciąż ten sam obojętny wyraz twarzy. Następnie podniosła się i stanęła na wyprostowanych nogach na karoserii samochodu. Stała tak nieruchomo, podczas gdy wóz z pełną prędkością pokonywał zakręty między zalesionymi wzgórzami. Rozglądała się na boki, jakby chciała wskoczyć gdzieś na jedno z drzew mijanych w zawrotnym pędzie. W końcu usiadła z powrotem na klapie bagażnika.
   Siedziała, wystawiona na pęd wiatru, a potem lekko zeskoczyła na dół i wbiła spojrzenie w Claire. Nie mogła skupić wzroku, niczym pijana.
   – Papierosy! Masz papierosy?
   Zapaliła. Zapatrzyła się przed siebie i beznamiętnie objęła Claire ramieniem.
   Samochód skręcił z głównej drogi w lewo, po czym ruszył krętą uliczką w górę, aż zatrzymał się przed metalową bramą. Brama otworzyła się. Wjechali na dziedziniec i zaparkowali na żwirowanym podjeździe. Wysiedli z samochodu i poszli w stronę willi. Niewysoka, choć rozległa rezydencja została wbudowana w zbocze wzgórza nad morzem.
   Szli wzdłuż ściany niskiego domu, aż skręcili za róg. Znaleźli się na niewielkim tarasie. Minęli basen, obok którego stało kilkoro ludzi. Z lewej majaczyła niska biała fasada o prostych kątach, z drugiej strony basen, a nad nimi letnie nocne niebo, z gwiazdami rozsypanymi nad zatoką, która marszczyła się w świetle księżyca. Powierzchnia basenu była gładka i jak zwierciadło odbijała chłodny blask księżyca. Zgromadzeni ludzie wyglądali jako porcelanowe lalki otoczone chłodną poświatą. Powiew wiatru uderzył Claire w twarz i zmierzwił jej włosy. Zakołysała się i przytrzymała ściany.
   Przeszli dalej, aż trafili na uchylone, szklane drzwi. Wejście zasłaniała kotara. Znaleźli się w zaciemnionym salonie. Ruszyli dalej. Po wąskich schodach dostali się na piętro. Szli korytarzem tak wąskim, aż ocierali się o ściany. Drewniana podłoga skrzypiała pod ich stopami. Mijali zamknięte pokoje. W końcu para znajomych otworzyła jakieś drzwi. Weszli za nimi. Znaleźli się w kompletnej ciemności.
   Claire próbowała oprzeć się o ścianę, ale jej nie odnalazła. Gdzie był Richard? Nagle straciła orientację w przestrzeni. W ciemności migotały jedynie barwne strugi światła. Strumyki świateł wibrowały wokół niej, elektryzując otoczenie. Chciała dotknąć palcami skóry, ale nie potrafiła w ciemności znaleźć własnej ręki. Obejrzała się, ale nie dostrzegła swojego ciała, jedynie wiązkę światła. Kiedy spojrzała w górę, promień ją oślepił. Bezpośrednio pionowo w dół również widziała jedynie oślepiający snop światła. Kątem oka widziała swój strumień jako smugę drobnych rozbłysków koloru ciemnego miodu. Została zamknięta w snopie światła!
   Absurdalne doznanie sugerowało, że była jednocześnie nieskończenie długa i cienka. Nie mogła się przewrócić, ponieważ nie stała. Nie dostała zawrotów głowy, bo nie miała organów. Była jedynie czystą świadomością. W jakiś sposób przemieszczała się w przestrzeni kosmicznej. Jakkolwiek to się działo. Kompletną dezorientację wywoływało wrażenie przebywania jednocześnie w wielu miejscach wzdłuż nieskończenie długiego promienia światła.
   Nie była jednak sama w tej nieograniczonej przestrzeni. Wokół niej pulsowały podobne smugi światła, w subtelnej gamie barw. Otaczały ją inne świadomości. Jakaś siła spychała je wszystkie w jedną stronę. Wszystkie snopy wessał niewidzialny lej. Skupione razem, barwne wiązki rozbłysków przecinały i przenikały się, jak promienie laserów, które widziała na filmie. Jej świadomość przemieszczała się z nieprawdopodobną prędkością i pokonywała niesamowite odległości. Czuła tę dal jakimś szóstym zmysłem.
   I wówczas, zanim zdążyła zareagować, znalazła się w nieznanym, konkretnym miejscu. Znienacka poczuła ciężar cielesności. Dotarły do niej czyjeś odległe wspomnienia. Zobaczyła jakiś stół na tarasie, w tle niewyraźne, falujące kształty, utrzymane w tonacjach sepii, brązu i karminowej czerwieni. Blat stołu znajdował sie wysoko, na nim widniało coś, naczynie lub owoc, trudno było jej dokładnie określić. Pojawiła się czyjaś ręka o niezwykle długich palach. Chwyciła to coś, co wyglądało jak naczynie lub owoc, i podała jej prosto przed oczy. Claire niezdecydowanie stała w miejscu, nie wiedząc, jak się zachować.
   Wówczas poczuła szarpnięcie za ramiona, unoszenie w górę i z powrotem znalazła się w strumieniu wibrujących iskier miodowej barwy. Nieznana siła ciągnęła ją przez niewidzialny lej. W znajomej ciemności światła rozdzieliły się na osobne wiązki, które wibrując elektryzowały przestrzeń.
   Spróbowała dotknąć swojego ramienia. Istotnie, włoski na skórze były postawione i sztywne. Wyczuła u siebie gęsia skórkę. Odwróciła się, pokonała krok, dłonią znalazła klamkę, nacisnęła ją i otworzyła drzwi. Jeszcze jeden krok i wróciła z powrotem na korytarz.
   Znalazła się w półmroku klatki schodowej. Za nią wyszedł jej mąż, Richard. Starannie zamknął drzwi. Spojrzał na nią pijanym wzrokiem, jednak z napięciem na twarzy.
   – Wracamy?
   – Tak. Chodźmy na dół.
   Wrócili do Saint-Raphael po torach kolejowych, bo pociągi w nocy nie kursowały. Wycieńczeni dotarli nad ranem do swojego pokoju. Jak przez mgłę Claire zapamiętała zniszczone buty i piękny wschód słońca.
   Następny dzień zastał ich w tej samej kafejce. Słońce dosłownie wbijało człowieka w bruk. Bezdomne psy polegiwały w skąpym cieniu. Daleko na piasku widać było nieruchome, lśniące ciała plażowiczów. Nadchodziła pora największego upału. Nawet wiatr był gorący i nawiewał ciepłe powietrze przez okno. Uchylone okiennice trzeszczały irytująco na wietrze.
   Claire niemrawo piła drugą kawę. Siedzieli przy tym samym stoliku, jednak w tym momencie bar był pusty, jeśli nie liczyć kilku stałych klientów.
   Richard stał przy kontuarze, trzymał słuchawkę telefonu i próbował połączyć się z rodziną w Anglii.
   – Słyszycie mnie?! – krzyczał.
   Wtedy weszli oni. Usiedli przy ich stoliku.
   Tym razem George był śmiertelnie blady i poważny. Wyglądał jakby miał rzucić się na kogoś z pięściami.
   – Nikomu nic nie mówcie.
   – Inaczej zabiją nas i was.
   Vera spojrzała Claire prosto w oczy z tym samym obojętnym wyrazem twarzy.
   Wyszli zanim zdążyli coś zamówić. Odjechali swoim czerwonym Citroenem DS cabrio.
   Richard wciąż próbował połączyć się przez telefon z domem.
    
   * * *

piątek, 10 marca 2017

Wyobraźnia i kartografia




Mapa odzwierciedla rysy twarzy patrzącego. Kontury i zmarszczki odbijają się w szybie ramy i wplatają między linie lądów na papierze. Z czasem gra wyobraźni i kartografii wciąga tak bardzo, że obserwator gubi się w czasoprzestrzeni. Pojawiają się nieobecne osoby / miejsca w których dawno nie był / zapomniane zdarzenia / z rozsypującą się świadomością / widzi siebie / wtapia się między szkło a mapę / tonie rozpływa się / rozedrgany znika /

* * *

niedziela, 5 marca 2017

Muzyka sfer



hej! otwórz oczy! / śniło ci się coś złego? / przestrzeń która się zwęża? / czas który się wymyka? / śniła ci się rzeczywistość! / zetrę ci z oczu ten zły sen / zapomnij… teraz możesz być kim zechcesz /

namalujemy siebie nawzajem / namalujemy się winem i dymem z konopi / namalujemy się tańcem i światłem / powiedzmy / będziesz uśpionym miastem / a ja świtem który je otula / będziesz śpiewającym ogrodem / a ja wiatrem który go pieści / będziesz roześmianą gwiazdą / a ja tajemniczym wieczornym niebem / namalujmy siebie /

* * *

(2005)

niedziela, 25 września 2016

Czarny biurowiec


Czarny biurowiec

Początkowo miałem problem, żeby go znaleźć. Biurowiec naszej firmy mieścił się na wewnętrznej parceli, praktycznie niewidoczny od ulicy. Zasłonięty przez sąsiadujące budynki, ledwie majaczył w prześwicie. Natomiast bezpośrednio wokół siebie wytwarzał pustkę. Otaczały go równo przystrzyżone trawniki, przecinane alejkami, które kluczyły spiralnie, zamiast zmierzać prosto do wejścia. Sam budynek był dość niezwykły. Niewysoki, trzypiętrowy, został pokryty czarną, matową wykładziną. Przypominała grafit albo szlifowaną blachę i pochłaniała światło. Ten szorstki monolit miał kształt litery L. Wewnętrzny kąt otaczał tylny dziedziniec. Prostopadłe ściany tworzyły iluzję optyczną. Trudno było stwierdzić, czy kąt jest prosty, czy może ostry, który bok jest równoległy, a który prostopadły. Cała budowla przypominała geometryczną figurę niemożliwą. Od frontu wywoływała jeszcze większą dezorientację. Budynek otoczony był chodnikiem z polerowanego kamienia, z rzędami lamp wpuszczonych w podłoże, które zapalano po zmroku. Efekt był niesamowity, bowiem poziom gruntu, gdzie biurowiec łączył się z ziemią, za sprawą gładkich kamieni zamieniał się w lustrzaną płaszczyznę, która odbijała obraz wznoszącego się nad nim budynku. Tak jakby biurowiec wyrastał ze swojego zwierciadlanego odbicia skrytego pod ziemią. Nieregularnie rozmieszczone okna, częściowo zakrywane żaluzjami, otwierały się i zamykały niczym oczy sennego gada. Trudno było określić ilość poziomów i rozkład pomieszczeń, tak jakby pod powierzchnią ścian wciąż zachodziły jakieś procesy formowania się ciała drapieżnika skrytego za grafitowym pancerzem. Wzdłuż jednej ściany ciągnęły się kraty wentylacji, przypominające skrzela czarnego lewiatana. Budynek wydawał się stworzony z nieznanej, skondensowanej materii, która zaburzała prawa fizyki. Był jak czarny wielofasetowy kryształ, wypełniony ciemnością, która promieniowała na zewnątrz. Całość wywoływała wrażenie profesjonalnego chłodu i wyrachowanej kalkulacji. Przywodziła na myśl wyrafinowane instrumenty finansowe, skomplikowane operacje analityczne, specjalistyczne systemy operacyjne, zawiłe prawa ekonomii i statystyki.
Nasza firma zajmowała się dość innowacyjną branżą. Sprzedawaliśmy i wdrażaliśmy nowatorskie systemy marketingu, pobierania danych i windykacji. Chodziło o platformy on-line zapewniające wielokanałowość sprzedaży, kompatybilność z CMR-ami, zintegrowaną komunikację, zarządzanie wiedzą o kliencie, a także podsłuch i sterowanie agentami. Oprogramowanie pozwalało na łączenie baz danych i tworzenie sprofilowanej sieci marketingowej, a z drugiej strony usprawniało rejestrację opłat i egzekucję należności. Nasze systemy call center pozwalały nadzorować systemy płatności, bazy danych i harmonogramy instytucji. Były wysoce wyspecjalizowane, elastyczne i pracowały w chmurze. Inaczej mówiąc, dzięki naszym programom, marketingowiec miał dostęp do wszelkich danych osobowych klienta, a windykator mógł nękać wierzyciela poprzez wszelkie możliwe kanały komunikacji.
Nasza firma wykorzystywała outsourcing. Do końca nie wiadomo, gdzie była główna siedziba korporacji, ale oprogramowanie zostało opracowane i sprowadzone z Indii. Zarząd naszego oddziału pochodził z Austrii i Węgier. Kilkoro mężczyzn i kobiet zajmowało pokoje na najwyższym piętrze biurowca, w bocznym skrzydle. Rzadko ich widywaliśmy. Między sobą mówili niezrozumiałym dla nas językiem, jakąś odmianą ugrofińskiego. Do nas zwracali się po angielsku. Nikt nie przyznawał się do tego, ale wzbudzali w nas niejasny lęk. Wysocy, dobrze ubrani i dobrze zbudowani, zapewne w wyniku uprawiania sportów, poruszali się sprężystym krokiem, ledwie omiatając spojrzeniem czubki naszych głów. Cały zarząd był hermetyczny i odseparowany od reszty firmy. Traktowali swoją pracę jak zesłanie do odległych kolonii, a nas samych jak  niewolników z podległych prymitywnych plemion. Oczywiście zdobywali się na pewną zdawkową uprzejmość, jednak zawsze dawali nam odczuć istnienie szklanego sufitu, który oddzielał nas od nich. Wszelkie kluczowe decyzje podejmowali bez naszego udziału. Nam pozostawały tylko plotki i dociekania. Mogliśmy jedynie wyżywać się na podległych nam handlowcach. Bowiem oprócz zarządu, działów administracyjnych i naszego działu informatycznego, większą część firmy stanowiła sekcja telemarketerów. Ich stanowiska znajdowały się w podziemiach biurowca. To była jednak zupełnie inna kasta pracowników. My należeliśmy do kadry kierowniczej i menadżerskiej, mieliśmy własne pokoje i biurka na wyższych piętrach biurowca.
Trafiłem do tej firmy przypadkiem, decydujące znaczenie miała moja specjalistyczna wiedza informatyczna, którą nabyłem w zasadzie przypadkiem podczas jakiegoś kursu podyplomowego. Przychodziłem i wychodziłem z czarnego biurowca zgodnie z regulaminem, wypełniałem swoje obowiązki, jednak nie zamierzałem angażować się w życie firmy. Ledwie do mnie docierały plany i harmonogramy, perturbacje życia biurowego, plotki, opowieści o życiu prywatnym. Ukryłem się tam i odizolowałem od świata. Przyjąłem pasywną postawę i anonimową tożsamość. Taki układ jak najbardziej odpowiadał mojej sytuacji życiowej.
Jednak pewnego dnia do biurowca przybył ktoś, kto zaburzył tę hierarchiczną strukturę. Firma zatrudniła nowego pracownika. Powiedzmy, że nazywał się Daniel. Przedstawiono nam go jako wybitnego specjalistę. Daniel był niespokojnym duchem, wyjątkowo zaangażowany w działalność firmy, mocno autorytarny i pewny siebie. Przychodził do biura później niż my i zostawał jeszcze długo po naszym wyjściu. Szybko dowiedzieliśmy się, że rano przesiaduje w gabinecie przełożonego, a popołudniami udaje się na niejawne spotkania z członkami zarządu. Znał ich wszystkich osobiście. Być może poznali się na jakiejś uczelni, w poprzedniej pracy, a może mieli wspólnych znajomych. Daniel rozmawiał z nimi, jak z równymi sobie. Nowy pracownik musiał pochodzić z jakiejś wewnętrznej rekrutacji zarządu, wyselekcjonowany ze ścisłej elity skupionej wokół szefostwa naszej korporacji. Wydawało się, że tylko on mógł przekraczać granicę między zarządem a resztą pracowników. Był świetnie zorientowany w każdym temacie naszej działalności. Znał najnowsze decyzje i nieoficjalne plany firmy.
Nowy pracownik szybko zmącił spokój naszej enklawy. Wydarzenia toczyły się zbyt szybko. Decyzje były podejmowane bez konsultacji. Właśnie realizowaliśmy dwa istotne projekty. Gdyby udało nam się sfinalizować współpracę z dwiema dużymi korporacjami, wypłynęlibyśmy na szerokie wody. Staliby się naszymi partnerami strategicznymi, co oznaczało, że oni mieliby wpływ na funkcjonowanie naszej firmy, a nasze oprogramowanie stałoby się rdzeniem ich struktury. Wiele tutaj zależało od osobistych kontaktów oraz rozeznania w poczynaniach konkurencji. A ponieważ Daniel był świetnie zorientowany w intencjach zarządu, jego inicjatywy wychodziły naprzód ich oczekiwaniom. Albo pozostawali w jakiejś tajemnej symbiozie, albo po prostu spotykali się i konsultowali bez naszej wiedzy.
Działania Daniela zakłóciły rytm mojej pracy. Zdobyłem to stanowisko i utrzymałem się tam tak długo, ponieważ unikałem zaangażowania w działalność firmy. Tymczasem nowy pracownik wywrócił wszystko do góry nogami. Swoim zaangażowaniem wprawiał w nerwowość całą załogę. Obojętność zastąpiła rywalizacja. Jego innowacyjne pomysły zagroziły pozycji naszego działu informatycznego. Dotychczas jako jeden z nielicznych potrafiłem serwisować oprogramowanie, szczególnie aplikacje na urządzenia mobilne. Tymczasem Daniel forsował zmianę całej koncepcji funkcjonowania systemu. Proponował przerzucić koszty wdrażania i utrzymania software’u na użytkowników. Firma miałaby mniejsze nakłady finansowe, jednak mój dział informatyczny straciłby na znaczeniu. Groziła mi redukcja. Słyszeliśmy o przeniesieniach na dół, do działu telemarketingu w podziemiach. Oczywiście, nie musielibyśmy pracować „na słuchawce”, jednak nadzorowanie tego działu oznaczało wypadnięcie z drabiny awansów, koniec premii za udział w projektach, wreszcie zerwanie kontaktów z klientami na poziomie menadżerskim.
Któregoś wtorku zarząd zwołał zebranie. Mieliśmy omówić dwa wspomniane projekty, wdrożenie nowego schematu windykacji danych oraz oczekiwaną restrukturyzację działu sprzedaży bezpośredniej. Daniel siedział po prawej stronie stołu, obok trzech głównych członków zarządu, jakby stanowił ich nieformalnego asystenta albo jednego z zastępców. Musieliśmy przetrwać długie i nudne posiedzenie, na którym niezmiennie skupiano się na nieistotnych szczegółach i wysnuwano abstrakcyjne plany, które potem i tak nie miały pokrycia w rzeczywistości. Jak zwykle głos zabierali najwięksi nudziarze i krzykacze, a reszta ledwie udawała, że słucha. Kilka osób wszczęło bezcelowy spór o drobiazgi, które nie interesowały pozostałych uczestników zebrania. Oczywiście nowy pracownik komentował wszystkie propozycje i wydumanymi obiekcjami gasił wszelkie niezależne inicjatywy szeregowych pracowników.
Po zebraniu, kątem oka zobaczyłem przez uchylone drzwi, że Daniel został w sali konferencyjnej wraz z kilkoma członkami zarządu. Otoczyli go kręgiem i rozmawiali półgłosem. Widziałem w prześwicie tylko niewielki fragment pomieszczenia. Jeden z przełożonych położył dłoń na ramieniu Daniela. Ręka, sztywna i ciężka jak ze spiżu, przywarła do ramienia, które zwiotczało i zmiękło obrzydliwie, jakby zgniło pod skórą i zapadło się do wewnątrz. Ten widok napawał mnie niewytłumaczalnym wstrętem. Oddaliłem się od wejścia. Kręciłem się po korytarzu pod pozorem oczekiwania na dostęp do kserokopiarki. Usłyszałem, że tamci umawiają się na nieoficjalne spotkanie w podziemiach.
Wszyscy zeszli na dół. Odczekałem chwilę i ostrożnie poszedłem za nimi. Całe towarzystwo minęło wejście do sali marketingowców i zniknęło w dolnym pomieszczeniu. Jedynie nowy pracownik opuścił ich na chwilę, zostawiając otwarte drzwi. Zatrzymał się na półpiętrze, gdzie ustawiono popielniczki. Gorączkowo palił papierosa. Jego słabościami były nałogi i permanentne rozkojarzenie. Dzięki temu mogłem prześlizgnąć się po schodach niezauważony, bez słowa i bez używania karty magnetycznej. Drzwi na dole były uchylone.
Poniżej działu telemarketingu znajdowało się nieużywane pomieszczenie. Raz miało pełnić rolę stołówki, innym razem zamierzano z niego zrobić siłownię, albo pokój socjalny dla sprzedawców pracujących na dwie zmiany. Teraz stało się magazynem na koperty, spinacze i papier do kserokopiarki. Pod ścianami stały metalowe regały wypełnione kartonowymi pudłami. Nikogo tam nie zastałem. Natomiast jeden z regałów został odsunięty od ściany. Za nim widniały drzwi. Z początku myślałem, że to schowek na szczotki lub serwerownia. Tymczasem za drzwiami majaczył korytarz o pożółkłych ścianach oraz schody w dół. Z wnętrza dobiegały duszne powiewy ciepłego powietrza i nieprzyjemny zapach stęchlizny. Zaintrygowany zszedłem na dół.
Znalazłem się w ciemnej sali, jednak nie mogłem rozpoznać jej wielkości i kształtu. Musiałem być gdzieś głęboko pod powierzchnią ziemi, w podziemiach czarnego biurowca, gdzieś pośród fundamentów budowli albo jeszcze niżej. Białe jaskrawe światło padało pionowo z góry, a wysoki sufit niknął w ciemności. Zamiast stropu w górze widniało kłębowisko lamp, czarnych kabli, srebrnych rur i metalowych kratownic, przypominające instalację nad sceną teatralną. Jasność tworzyła okrąg wokół metalowego stołu w centrum sali.
Na granicy tego pola światła, w półkolu wokół stalowego blatu, stali wszyscy członkowie zarządu. Na stole leżał nowy pracownik, Daniel. Jego nadgarstki i kostki u nóg przykuto do blatu skórzanymi klamrami, natomiast jego szyję opasała gruba, metalowa obręcz przytwierdzona do pulpitu wielkimi śrubami. Do obręczy przymocowane zostały półprzezroczyste, gumowe rurki. Przewody rozchodziły się promieniście na boki i kończyły w rękach każdego z członków zarządu. Oprawcy włożyli do ust silikonowe ustniki i zaczęli je ssać, bez zbędnych ceremonii, wręcz ze znużeniem. Gumowymi rurkami popłynęła ciemnoczerwona, niemal czarna ciecz. Poprzez igły w metalowej obręczy, wbite w szyję delikwenta, zgromadzeni wysysali jego krew. Mężczyzna na stole poruszał się z ociężałą powolnością, niezdarnie jak dziecko, które nie panuje nad swoimi ruchami. Te jego niemrawe odruchy były chyba najbardziej odrażające.
Przerażony próbowałem się wycofać. Jednak drzwi na górę były zatrzaśnięte, a zamek nie działał bez karty magnetycznej.
- Zbyt dużo widziałeś. Zbyt dużo wiesz. Nie możesz odejść – usłyszałem za sobą głos mówiący po angielsku.
Odwróciłem się powoli. Z rezygnacją spuściłem głowę. Ze mnie też chcieli wyssać krew? Prezes poprowadził mnie przed sobą do kręgu światła, delikatnie, ale stanowczo dźgając mnie palcem w plecy. Jednak to, co potem się wydarzyło, było dla mnie kompletnym zaskoczeniem.
- Jesteś zbyt dobry, Chris – rzekł powoli cedząc słowa. – Sam się tutaj dostałeś. Byłeś na tyle bezwzględny, przebiegły i zdeterminowany, aby tu dotrzeć. On – wskazał ciało leżące na stole – on jest tylko mięsem.
A potem wręczył mi koniec gumowej rurki.
Krew miała metaliczny posmak, była gęsta i ciepła. Powstrzymałem pierwszy odruch wymiotny i chłeptałem dalej. W pewnym momencie zasmakowałem w tym wyrazistym, lepkim płynie. Spodobało mi się. Poczułem upojenie.
Reszta operacji przebiegła dla mnie w sennej nieświadomości. Do życia przywróciło mnie dopiero jaskrawe światło słoneczne, kiedy wyszliśmy na zewnątrz. Nie rozmawialiśmy ze sobą.
Ciężkim krokiem udałem się na parking. Szedłem wzdłuż szpaleru samochodów, w żołądku przelewał się zawiesisty, żywotny fluid. Byłem ospały i ociężały, jakbym doznał niestrawności. Mimo to czułem przypływ niezwykłej, mrocznej siły witalnej.
Miałem wsiąść do wozu, kiedy przede mną zjawił się prezes. Poruszał się bezszelestnie i płynnie, bardziej niczym cień, niż żywa istota. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się:
- Widzimy się jutro na siłowni? – spytał oblizując usta.

* * *