poniedziałek, 20 lipca 2009

Praska melancholia

Praska melancholia
w czterech odsłonach

monodram dla aktora teatru ulicznego


Aktor przechadza się północną częścią warszawskiej Pragi. Zatrzymuje się na rogu ulic Szwedzkiej i Strzeleckej. Naprzeciw siebie ma ruiny fabryki Pollena Uroda.
Tutaj zaczyna swój monolog, zwracając się do nielicznych przechodniów: mężczyzn w szeleszczących dresach, z wodogłowiem i podbitymi oczami, do zasmarkanych dzieciaków z zawadiackimi minami, do uschniętych staruszek z bólem wyrzeźbionym na twarzy.


1.

Aktor rozgląda się po okolicy, w której się wychował, ale w której już nie mieszka, po czym zaczyna monolog, dość łagodnie i niepewnie.

Czy czuję się stąd wypędzony?
Czy może raczej sam stąd uciekłem?
Tak czy inaczej, nie miejsce wspominam, ale czas,
Warstwy i przebrania przeszłości, jej muśliny i zasłony,
Tonacje i aromaty uśpione w fałdach jej płaszcza.
Jak wielu przede mną, szukam osobistej drogi w rejony ulotności,
Na kryształowe szczyty usłane wrażeniami, w krainy pośmiertne;
Jak wielu potężniejszych i bardziej wtajemniczonych ode mnie,
Przecieram własną ścieżkę przez gąszcz półcieni i odblasków przeszłości.

Zza bielma niepamięci pierwsze wyłania się tło,
Zrazu wyblakłe i prześwietlone, dalej pożółkłe i jakby rozdarte:
Zieleń ogródków działkowych, czerwień pociemniałych ceglanych ścian,
Szare, metalowe siatki ogrodzenia, zżarte przez rdzę;
Wyłaniają się kolory mojego dzieciństwa, kiedy ta fabryka jeszcze pracowała,
Fabryka dudniła, a wokół unosił się słodki kurz, przenikający powietrze nad tą uschniętą ulicą,
Słodki kurz i lepki zapach tanich dezodorantów, które produkowali za siatkami w oknach,
Lepki zapach i kurz jakby słodki, zza zmrużonych powiek, niewyraźny z dala kołyszący się numer autobusu, a za rogiem szkoła podstawowa,
Niski zielony parkan, szara, szorstka elewacja, monotonna faktura codzienności,
Tak właśnie kolory i zapachy minionego czasu wyłaniają się zza bielma niepamięci.


2.

Aktor zamyślony przechadza się wzdłuż ulicznej sceny.
Nagle podnosi głowę i zaczyna z błyskiem w oku.

W tej surowej scenerii, jak błyski flesza,
Rozświetlają się niepowtarzalne, intensywne chwile dziecięcej wolności,
Choć czy to nie przesada, nazywać tak dzikie zabawy po lekcjach, ściśle zabronione przez rodziców?
Chodziliśmy tam – na Strzelecką, na żwirowany plac, gdzie wznosiła się bezładna piramida masywnych żelaznych skrzyń, ze skrzypiącymi drzwiczkami;
Odpady z produkcji, a może półprodukty, szafy pancerne, w których mieściło się akurat jedno dziecko,
Świetne miejsce na zabawę w chowanego i połamanie kości.
Niebezpieczne, uśpione, zimne żelastwo i my, rozgorączkowani tajemnicą, niebezpieczeństwem, rywalizacją.
Latem biegaliśmy w inne miejsce, na porośnięte trawą nasypy kolejowe, równoległe do Szwedzkiej, zaraz za tą starą kamienicą, ale my wchodziliśmy tam od drugiej strony,
Tam gdzie była łąka, a kończył się już teren fabryki, a teraz są ruiny.
Ruiny dzieciństwa, które nie było ani zbyt radosne, ani zbyt swobodne, ale nam wystarczało aż nadto;
Czas dzikich zabaw po lekcjach, ściśle zabronionych przez rodziców.
Na torach kolejowych, po których jeździły pociągi towarowe,
Kładliśmy kapsle i małe monety, by bawić się w wojnę, eksplodującą wyobraźnią;
Chowaliśmy się w wysokiej, pożółkłej trawie i udawaliśmy partyzantów, żołnierzy, szpiegów,
A pociągi przejeżdżały, nieświadome, zaślepione bestie,
Zwiastuny dalekiego, innego świata,
Kosmos mijał nas z łoskotem, a my opowiadaliśmy sobie o nim bajki.
Te dwa miejsca – to bieguny mojego praskiego, dziecięcego życia,
Potrzeba schronienia i pragnienie ucieczki, w ich biednych imitacjach, stworzonych przez „dzieci z brudnej ulicy”;
A pomiędzy nimi królestwo dzieciństwa, małe, tandetne i nietrwałe przedmioty, które mają znaczenie tylko dla dzieciaków;
Skrzypiące drewniane schody, czarna czeluść piwnicy, metalowe samochodziki na szorstkim asfalcie podwórka,
Plastykowe żołnierzyki na gładkim, wyślizganym drewnie parapetu ciemnej klatki schodowej.


3.

Aktor zamyśla się, potem potrząsa głową, jakby wyrzucał z niej swoje myśli. Zaciskając powieki, powtarza coś po cichu, mechanicznie, jak mantrę albo refren piosenki, który mimowolnie krąży w pamięci.

Im głębiej drążę, tym bardziej niezwykłe wspomnienia mnie nawiedzają,
Ponieważ to życie pełne było szczęścia i radości, emocji takich, jakich teraz i nigdy już nie zaznam, bo zbyt wiele razy przedawkowałem wszystkie smaki i zapachy, wrażenia i uczucia;
Szalona radość i zmęczenie, jak wtedy, kiedy biegliśmy do cukierni Grabowskiego po lody pistacjowe, nowy smak, jaki się pojawił, trzeci do wyboru;
Do dziś wspominam suchość w ustach, miękkie kolana i przejęte głosy.
Albo wciąż do końca niezdefiniowane uczucie z chwili, kiedy wdrapałem się po drewnianych schodach kamienicy na tyłach Stalowej, gdzie mieszkał Grzesiek, kolega z klasy, wszedłem do jego mieszkania i w przejściu, z ciemnej sieni zobaczyłem
Jasny pokój, w którym jego matka, pochylona nad metalową miednicą, w samym staniku, myła swoje czarne włosy; do dziś pamiętam nieogoloną kępkę włosów pod jej pachą;
Wspomnienie żywe, choć uśpione, nigdy bym go sobie nie przypomniał, gdybym nie zaczął do was mówić;
Oderwana scena, która rozświetla się w mojej pamięci rozmytym, hipnotycznym blaskiem, dziwnym znaczeniem, którego nie jestem w stanie rozczytać;
Scena, która nabiera w moim życiu mocy symbolu, znikającej istoty, która umknęła i której obecność można rozpoznać tylko za sprawą jej nieobecności, pełnej niepokojącego napięcia.

Aktor przełyka ślinę. Nie wiadomo już, czy gra – czy dał się porwać grze i jego sztuka gra nim samym.

Nieważne, czy poszukujemy wyjścia na metafizyczne łąki, czy układamy kartotekę w piwnicy własnej pamięci,
Wiadomo, że błądzić będziemy wśród obrazów, bez prostych odpowiedzi, bo jednoznaczne wyjaśnienia równają się zamknięciu we własnym, skostniałym dyskursie;
A my, świadomie bezdomni, nie chcemy przestać poszukiwać i zamknąć się w czterech ścianach własnych monologów.
Będziemy raczej cały czas okrążać utraconą przestrzeń, celebrując fantomowy ból utraconego świata,
Z szalonym natchnieniem celebrować chwilę „milczącego zaśpiewu”, z perwersyjnym namaszczeniem dotykać miejsca wokół „bezgłośnej rany”,
Rozdzierając jednoznaczne wyjaśnienia.


4.

Aktor przenosi się w ruiny bliżej nieokreślonego wspomnienia.

Dość nurzania się w wyziewach własnej spróchniałej pamięci,
Kontekst przeszłości, jak stary szlagier, wtłacza nas w stereotypy i konwencje,
Niech te wszystkie pierdoły znikną wreszcie w oślepiającym blasku oświecenia!
Przygotuj się do operacji oczyszczania dysku, wybierz dysk, potwierdź, usuń, potwierdź, usuń,
Potwierdź wykonanie operacji, wyloguj się, odłącz zewnętrzne zasilanie,
Usuń to, usuń to, usuń to.

Aktor pokazuje wysławiane czynności.

Teraz powinniśmy po prostu pochylić się, złączyć nogi, ugiąć kolana, pochylić głowę, wyprostowane ramiona wysunąć do tyłu –
I raz, dwa, trzy! – Jednym sprężystym ruchem skoczyć w wartki, oszałamiający strumień obrazów! – Niech ten nurt, migoczący wrażeniami i iskrzący emocjami, porwie nas ze sobą!
A my porwiemy ze sobą przeszłość prosto w przyszłość! – Powrót jest niemożliwy i niepotrzebny!
W końcu jesteśmy tylko jednoosobowym przedstawieniem, jeszcze jednym obrazem, wędrującym pomiędzy obrazami świata, samą organiczną zasadą wymiany; – Zmieniamy się tym bardziej, im bardziej zanurzamy się w tę głębię.
A na powierzchni zdarzeń pozostaje ruchoma kompozycja czystych różnic.

Mówiąc ostatnie słowa, aktor wycofuje się w głąb sceny, wciąż twarzą do widowni. Światła gasną powoli.

* * *

kwiecień – lipiec 2009

Brak komentarzy: